Spotkać Boga w odrobinie samotności

10 sierpnia 2019, autor: Krzysztof Osuch SJ

Obraz może zawierać: w budynku

fot. J. Mordarski SJ – Gidle, ołtarz z maleńką figurką Matki Bożej

Słowo Boże oddało nam w życiu już niejedną „usługę” i niejednej słusznie się jeszcze spodziewamy. O usłudze Słowa Bożego rzekłem z pewnym wahaniem (stąd ten cudzysłów). Gdy się jednak pomyśli o najpokorniejszych gestach Jezusa, na przykład w Wieczerniku (umycie nóg, danie Siebie na pokarm pod osłoną chleba), to i o Słowie Bożym – najpierw uważnie słuchanym, a następnie branym „na zęby mądrości” – słusznie myślimy, że jest ono gotowe służyć nam (Bóg przez nie) i usługiwać w każdej potrzebie.

Różne smaki Słowa

To wspaniałe, że pełne zbawczej mocy słowa Boga ze Starego i Nowego Testamentu docierają do nas (przynajmniej) w coniedzielnym rytmie i są gotowe wykonać w nas wielką pracę! Z naszej strony potrzebna jest otwartość i gotowość do współpracy właśnie ze Słowem Pana. Taka jest wola Boga, by natchnione słowa odgrywały ogromną rolę w powoływaniu nas i przysposabianiu do zjednoczenia z Nim samym. Bogactwo Słowa Bożego jest niezgłębialne i nie daje się wypowiedzieć. A jednym z jego rysów jest to, że miewa smak skrajnie różny. Nierzadko Słowa Pana są słodkie jak miód (por. Ez 3, 3), ale bywa i tak, że po pierwszym odczuciu słodyczy wnętrzności napełniają się goryczą (Ap 10, 10) ). To ostatnie odczucie może zniechęcać i zbijać z tropu. Trzeba sobie powiedzieć, że to nie sam smak, przyjemny lub przykry, decyduje o dobroci i dobroczynności słowa. Rozstrzygające jest to, że to Bóg Ojciec – niezmiennie przyjazny wobec nas – przemawia do nas i poprzez słodycz, i poprzez odczucie goryczy, która również naprowadza na odbiór jakiegoś ważnego komunikatu!

Parę niewygodnych pytań

To, co na początku powiedziałem, warto mieć w pamięci zawsze. Nasuwa się jednak pytanie, jak przysposobić się do owocnego słuchania słowa Bożego, rozważanego w 19. Niedzielę zwykłą w cyklu C (także 19 B).

– Pomyślałem, że dobrze będzie zadać parę ważnych (acz „niewygodnych”) pytań. Przypuszczam, że bez zadania ich i udzielenia na nie osobistej odpowiedzi – narazilibyśmy się na ryzyko „spłynięcia” po nas słów już tyle razy słyszanych. Wolę uprzedzić, że pytania, które zadam, choć są proste, to jednak dotkną głównego nurtu „mojego” życia osobowego.

Co i kto najżywiej bywał obecny w moim sercu – wczoraj, dzisiaj, w ostatnim czasie? Jakie pragnienia nawiedzały i powracały do mnie najczęściej? Czy ścierały się we mnie różne pragnienia i pożądania? Czego lub kogo dotyczyły? Czy w ich centrum były osoby czy raczej rzeczy i np. upragnione doznania? I jeszcze tak najprościej. O jakich osobach, gorąco ich pragnąc, myślałem najczęściej?

Wiem, zadane pytania mogą się wydać za trudne lub nazbyt „okrężne”. Na trud nic nie poradzę, ale „okrężności” spróbuję zaradzić, zadając pytania bardziej wprost. Czy to Jezus jest już tą wyjątkową i jedyną Osobą, z którą wiążą mnie więzy najżywsze i najmocniejsze? Czy moje zaufanie i podziw, szacunek i miłość kierują się najczęściej – właśnie ku Jezusowi Chrystusowi? I to bez obawy, że On mnie rozczaruje; że doznam zawodu!

Nieco ułatwię odpowiedzi. Wiem, bywa i tak, że Jezus Chrystus, owszem, regularnie pojawia się w naszym życiu, ale tylko w niedzielę, od święta; a jeśli nawet codziennie, to raczej z nakazu, z obowiązku, „na siłę”. «Idę na Mszę świętą, bo tak trzeba; odmawiam jakiś pacierz, bo też trzeba lub wypada. Nie mogę natomiast szczerze wyznać, że Bóg jest pasją mojej codzienności. Że do Niego lgnę. Że chwile modlitwy (w miarę możności, chętnie przedłużanej) cenię najbardziej».

– No i bez większego trudu, gdybyśmy tylko zechcieli, moglibyśmy jeszcze wyznać (przyznać się przed sobą), jakie to „miłości” i pasje – często ukryte pod imieniem żelaznych punktów dnia i w postaci zniewalających przyzwyczajeń – chętnie i „ofiarnie” żywimy, „wiernie” odnawiamy, regularnie karmimy i zaspokajamy bez najmniejszego słowa sprzeciwu… I – a bywa tak nieraz bardzo długo, latami – postępujemy tak bez najmniejszych wątpliwości. Przynajmniej do czasu żywimy przekonanie, że wszystko jest w największym porządku! Że inaczej być nie może. Że tak trzeba, że wszyscy tak postępują.

Bóg ponad wszystko miłowany

Koniecznie popatrzmy na drugą, tę lepszą, stronę medalu. Prawdopodobnie wszyscy miewaliśmy w życiu takie okresy – choćby tylko krótkie – kiedy Bóg był naprawdę na pierwszym miejscu! I kiedy mieliśmy żywe odczucie, że wszystko inne znajdowało się na swoim miejscu! W takich dobrych i pięknych okresach ufaliśmy Bogu całym sercem. Olśniewała nas Jego Miłość i Mądrość… Nie wyobrażaliśmy sobie życia bez żywej, bardzo osobiście przeżywanej, wiary w serdeczną miłość Boga Ojca i pełne czułości Miłosierdzie Zbawiciela.

Te okresy wiary żywej i intensywnej bywały dla nas niewątpliwie źródłem radości. Miewaliśmy w nich poczucie przejrzenia na oczy i przypływu Światła z wysoka!

Niestety, z różnych powodów okazywało się też nieraz, że radosny czas miłowania Boga całym sercem kończył się. Przemijał, czasem zda się bezpowrotnie, a my stwierdzaliśmy ten fakt ze smutkiem, bólem i poczuciem bezradności.

Nierzadko (chyba każdy to potwierdzi) miewa człowiek takie wrażenie, że oto stało się coś złego, ale stało się owo zło … niepostrzeżenie i jakby bez (wyraźnej i uświadomionej) przyczyny. Zwykle dopiero narastające duchowe strapienie, wewnętrzny smutek, poczucie beznadziejności, itp. zmuszają (oby jak najrychlej) do zastanowienia się i próby nazwania, co właściwie zaszło i dlaczego.

Działanie naprawcze

Zanim się dogłębniej zastanowimy i świadomie podejmiemy działania naprawcze, samoczynnie dzieje się tak, że w miejsce utraconego Najwyższego Dobra co prędzej, jak powietrze w próżnię, wciskają się różne rzeczy i pasje. Same w sobie wzięte, mogą być jak najbardziej godziwe czy moralnie obojętne, jednak za sprawą naszej intencji (ożywiającej serce) dzieje się z nami i w nas coś złego i wysoce nagannego. Dlaczego? To (chyba) oczywiste! Zamiast bowiem z samym Bogiem – i to z najwyższym zaangażowaniem – przestajemy, przykładowo, a to z rybami (w rzece czy akwarium), a to z najnowszą (choćby tylko w wyobraźni „posiadaną) marką samochodu, a to z bohaterami tasiemcowych seriali (nie najwyższych lotów), a to z polityką i politykami, którzy nami dowoli manipulują i obiecują przysłowiowe gruszki na wierzbie, itd. i itp. No i jest tego znacznie więcej.

Najzwięźlej rzecz ujmując, złe jest to, że – po zejściu z poziomu miłowania Boga, zakreślonego w najważniejszym Przykazaniu (por. Mt 22, 37) – uruchamia się w nas potrójna pożądliwość (por. 1 J 2, 16). Jej horyzonty są z natury dość ciasne, ale składane przez nią obietnice (że będzie „bosko” i w ogóle) zdają się uwiarygodniać wielką siłą przyciągania, zaoferowanymi możliwościami i intensywnymi doznaniami. Ktoś nie dość przenikliwy lub naiwny (choćby z braku wiedzy i doświadczenia ) łatwo poddaje się urokom życia na poziomie pożądliwości ciała, pożądliwości oczu i pychy tego życia (por. 1 J 2, 16). Wydaje się mu, że płynie na wielkiej wznoszącej fali. I że nie ma się nad czym zastanawiać.

Byłoby rzeczą ciekawą i pouczającą, zobaczyć (przypomnieć sobie), co działo się w naszych sercach, gdy słabło w nas i w końcu gasło miłowanie Boga ze wszystkich sił… Co wtedy najszybciej i najłatwiej brało nas w posiadanie? Co wypełniało nasz czas wolny (może jego resztki, cenne skrawki)? Wokół czego grawitowały nasze myśli i uczucia?

– Do „wypatrzenia” byłaby jeszcze ta rzecz, najważniejsza. Przypomnijmy sobie, jak jednak, choć stopniowo, miewaliśmy dość takiego życia! I jak „coś” znaczącego w nas, a raczej Ktoś Wielki mówił w głębi naszych dusz, że tak żyć się nie da! Jego Głos (powiedzmy otwarcie: Duch Święty w nas) – z różną częstotliwością i intensywnością – zwykł powracać i pokazywać, jak za bierne trwanie w zbanalizowanym i miałkim rodzaju życia musi się płacić: rozczarowaniem (jakiś czas marnie maskowanym), smutkiem (daremnie przykrywanym „kabaretową” wesołkowatością); i wreszcie radykalną samotnością (cóż, że „słodzoną” na ogół nazbyt powierzchownymi kontaktami, czczą gadaniną, marną paplaniną).

Tak, wymienionych, dość przykrych stanów i uczuć, tworzących minorową barwę istnienia, nie powinno się zostawiać zwykłemu biegowi (bo jakoś tam będzie). Tak naprawdę są one ważnym i poważnym komunikatem, który wiele mówi o osobowej głębi ludzkiej osoby i o samym Bogu Stwórcy, który kołacze do przymkniętych drzwi swego umiłowanego stworzenia (por. Ap 3, 20).

Ma rację brat Roger, trafnie spostrzegając, że „w każdym człowieku jest odrobina samotności, której nie może zapełnić żadna intymność: to tam spotyka się Boga”.

Udać się na pustynię – zadbać o „skarb niewyczerpany w niebie

„Jezus powiedział do swoich uczniów: «Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo. Sprzedajcie wasze mienie i dajcie jałmużnę! Sprawcie sobie trzosy, które nie niszczeją, skarb niewyczerpany w niebie, gdzie złodziej się nie dostaje ani mól nie niszczy. Bo gdzie jest skarb wasz, tam będzie i serce wasze. Niech będą przepasane biodra wasze i zapalone pochodnie. A wy podobni do ludzi, oczekujących swego pana, kiedy z uczty weselnej powróci; aby mu zaraz otworzyć, gdy nadejdzie i zakołacze. Szczęśliwi owi słudzy, których pan zastanie czuwających, gdy nadejdzie. Zaprawdę, powiadam wam: Przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał. Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy ich tak zastanie. A to rozumiejcie, że gdyby gospodarz wiedział, o której godzinie złodziej ma przyjść, nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie» (Łk 12, 32-40).

Jak widać, dopiero na koniec zostawiłem to, co najlepsze: niedzielną perykopę.

Wszystko, co powiedziałem wcześniej, niech posłuży dla lepszego przyjęcia słów Jezusa.

Dodam jeszcze tylko jedną myśl, która współbrzmi z powagą Jezusowych słów. Jej autorem jest kardynał G. B. Hume, który w książce „Droga pielgrzyma” formułuje taką mocną zachętę: „W każdym chrześcijaninie musi być pragnienie pustyni i docenianie jej wartości, nawet jeśli wokół jest zgiełk i pokusy targowiska” (s. 88).

Tak, dzisiaj jest to sprawą życia i śmierci (duchowej): musimy (na)uczyć się opuszczać ten straszliwy zgiełk, który czynią i coraz bardziej nakręcają elektroniczne środki przekazu. Mogą być one pożyteczne i należy z nich roztropnie korzystać, to oczywiste. Ale skala zagrożeń i dewastacji, dokonującej się z ich „pomocą”, w ludzkich umysłach i sercach jest, niestety, wielka.

Naszej uwagi – świadomości, zdolności poznawczych, czasu, uczuć i serca – nie oddawajmy w zarząd byle czemu, skoro Bóg, najwspanialszy Stwórca i najlepszy nasz Ojciec, pragnący swej trzódce dać królestwo, już zaprasza nas do nieustannej wzajemności, do wymiany miłości i zjednoczenia.

Nie oprę się „pobożnej pokusie”, by zakończyć słowem zachęty do udania się na pustynię w postaci Rekolekcji Ignacjańskich, trwających osiem dni (wstępny etap trwa pięć dni) – w ciszy, w pięknym otoczeniu parku i ogrodu, w bliskości Jasnej Góry. W miesiącach wakacyjnych gościmy ok. osiemdziesięcioosobowe grupy rekolektantów. To wielka radość móc widzieć Boże działanie w duszach… I widzieć odzyskaną radość… Tak, warto w klimacie ciszy, skupienia i modlitwy w oparciu o Słowo Boże, przekonać się o prawdziwości tych słów: „W każdym człowieku jest odrobina samotności, której nie może zapełnić żadna intymność: to tam spotyka się Boga”.

Komentarze

Jedna odpowiedź do wpisu “Spotkać Boga w odrobinie samotności”
  1. Grażyna pisze:

    To rzeczywiście, wielka radość móc uczestniczyć kolejny raz w ĆD, doświadczać Bożego działania w swoim życiu, otwierania oczu serca (choć często jest to bardzo trudne przeżycie), tym nie mniej nawet w tym czasie, nie należy tracić czujności, bowiem Nieprzyjaciel człowieka nie udaje się na urlop, ale potrafi być nad wyraz pracowity i pomysłowy (oczywiście działa pod pozorem dobra), o czym dość boleśnie, już nie pierwszy raz, przekonałam się na własnej skórze.
    Grażyna

Zostaw odpowiedź