Ujmujące Piękno Niewiasty

3 maja 2017, autor: Krzysztof Osuch SJ

 Obraz znaleziony dla: częstochowska obraz

Nasze myśli i serdeczne uczucia często zwracają się do Matki Bożej, a wielkość i piękno Jej osoby podkreślają liczne pieśni i wezwania w litaniach ku czci Najświętszej Maryi Panny. Wierzący w Jezusa Chrystusa odkrywali, dawno i obecnie, że Matka naszego Zbawiciela jest osobą wyjątkową.

Niewiasta i Smok

Dzisiaj można stwierdzić, że wybitna rola Maryi, jako Matki Jezusa Chrystusa, jest widoczna i podkreślana w Historii Zbawienia od początku ludzkich dziejów. O Maryi mówi już Księga Rodzaju, gdy uwiecznia uroczystą obietnicę Boga, daną w odpowiedzi na brzemienny w skutki grzech pierwszych rodziców (por. Rdz 3, 15).

Maryja, jako Matka Jezusa, jest wybitnie obecna w Ewangeliach, zwłaszcza zredagowanej przez św. Łukasza. To on przekazał nam słowa archanioła Gabriela, który w chwili Zwiastowania nie omieszkał podkreślić piękno Dziewicy z Nazaretu, wybranej na Matkę Jezusa, poczętego z Ducha Świętego (por. Łk 1, 35). Boży posłaniec zapewniał Ją, że w oczach Boga – z Jego nadania – jest „pełna łaski”, wdzięku, piękna.

Świętemu Janowi Ewangeliście, pozostającemu po śmierci Jezusa w synowskiej relacji z Maryją (por. J 19, 27), dane było poznać Ją także w sposób nadprzyrodzony, dużo głębszy i zasadniczy. W natchnionej wizji widział Matkę Jezusa jako tę, która ma już pełny udział w zwycięstwie i chwale zmartwychwstałego Syna, a jednocześnie nie przestaje pełnić ważnej roli w dopełniającym się przez wieki Dziele Zbawienia.

Świątynia Boga w niebie się otwarła, i Arka Jego Przymierza ukazała się w Jego Świątyni. Potem ukazał się wielki znak na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu.

I inny znak się ukazał na niebie: Oto wielki Smok barwy ognia, mający siedem głów i dziesięć rogów – a na głowach jego siedem diademów – i ogon jego zmiata trzecią część gwiazd nieba: i rzucił je na ziemię. I stanął Smok przed mającą rodzić Niewiastą, ażeby skoro porodzi, pożreć jej dziecię.

I porodziła syna – mężczyznę, który wszystkie narody będzie pasł rózgą żelazną. I zostało porwane jej Dziecię do Boga i do Jego tronu. A Niewiasta zbiegła na pustynię, gdzie miejsce ma przygotowane przez Boga.

I usłyszałem donośny głos mówiący w niebie: Teraz nastało zbawienie, potęga i królowanie Boga naszego i władza Jego Pomazańca (Ap 11,19a;12,1.3-6a.10ab).

Dwa razy w Roku Liturgicznym – w Uroczystość Najśw. Maryi Panny, Królowej Polski, a także w Uroczystość Wniebowzięcia NMP – czytamy przytoczony fragment Janowej Apokalipsy. Ewangelista przenosi nas w powyższym opisie w świat ponadzmysłowy i nadprzyrodzony, który jednak nieustannie wywiera wpływ na bieg wydarzeń w Kościele i świecie. Autor natchniony, używając języka obrazów i symboli, przybliża dwie duchowe rzeczywistości, które pozostają w radykalnej opozycji. Mamy je dostrzec i wyraźnie zdać sobie sprawę z ich wpływu na naszą wolność i życie.

Brzydota Smoka

Objaśnianie Janowej Apokalipsy nie należy do zadań łatwych i wymaga odpowiedniej wiedzy egzegetycznej. Spróbujemy podjąć tylko jeden fragment, a w nim to, co najbardziej uchwytne i oczywiste. Przez moment popatrzmy ze św. Janem, na ile to możliwe, na otwartą „Świątynię Boga”. Nieco dłużej zatrzymajmy się wraz z nim przy „wielkim znaku”, który ukazał się na niebie: Niewiasta obleczona w słońce i księżyc pod jej stopami, a na jej głowie wieniec z gwiazd dwunastu.

– Myślę, że chętnie i z przyjemnością oddalibyśmy się długiej kontemplacji tego wspaniałego widoku, jaki stanowi Niewiasta tak cudnie „ubrana” czy obleczona. Musimy jednak, koniecznie, wraz z Ewangelistą, zobaczyć jeszcze „inny znak” i z nim się skonfrontować. Chodzi tym razem – w poruszającej wizji św. Jana – o „wielkiego Smoka barwy ognia”. Po choćby pobieżnym przyjrzeniu się jego licznym głowom, rogom i diademom, a zwłaszcza jego pełnym złości zamiarom i planowanym zabójczym (!) działaniom – nie ma wątpliwości, że jest to ktoś okropny, z kim wolelibyśmy nie mieć w ogóle do czynienia. A jednak, niezależnie od naszych odczuć i chęci, wszystkim wierzącym w Chrystusa wypadnie w swoim życiu skonfrontować się z kimś tak strasznym! I to niejeden raz. Cały Chrystusowy Kościół w ciągu swej ziemskiej historii będzie przez niego zwalczany i nękany, ale definitywne zwycięstwo, zapowiedziane już w Księdze Rodzaju (por. Rdz 3, 15), należy z całą pewnością do Boga (por. np. Ap 12, 7-10; 20, 10).  

Bez wdawania się w szczegółowe objaśnienia zwróćmy uwagę na uderzający kontrast pomiędzy Pięknem Niewiasty i brzydotą Smoka, a także pomiędzy Dobrocią tej wyjątkowej Niewiasty i złością Smoka, którą skrzętnie w raju skrywał, a teraz otwarcie ją manifestuje. Tych przeciwieństw jest znacznie więcej. Zauważmy jeszcze tylko to jedno: z jednej strony łagodność i obiecującą brzemienność Niewiasty-Matki, a z drugiej – złowrogie zamiary Smoka, który czyha na Dziecko – Zbawiciela ludzkości i na wierzących w Niego.

– Powinno być dla nas jasne, że ogromna przepaść odgradza Niewiastę od Smoka! Szczególną cechą wyróżniającą styl działania „Smoka barwy ognia” jest to, że w sposób bezalternatywny proponuje siebie i swój demoniczny sposób traktowania cudnego daru, jakim jest istnienie i bycie człowiekiem. Smok – będący duchem złym i złośliwym – chcąc człowieka unieszczęśliwić, robi wszystko, by jak najmocniej zaciemnić obraz rzeczywistości (w ekspresywnym języku młodzieży nazywa się to „ściemnianiem”). Celem strategicznym dla niego jest to, by zakłócić odbiór podarowanej nam rzeczywistości i ocenę naszej sytuacji, zwłaszcza w odniesieniu do Boga Stwórcy. Chcąc być bardziej skutecznym w zwodzeniu, Smok zwykł roztaczać – jak było to już w rajskim kuszeniu – czarowną obietnicę szczęścia, które okazuje się być jedynie uwodzącą iluzją. Ta iluzja, rzecz jasna, bazuje nie na prawdzie; jest ona niejako utkana z bezczelnego kłamstwa. I to zwykle nie jednego, lecz całej serii kłamliwych zapewnień i obietnic, które wzajemnie się uzupełniają, „podpierają” i uwiarygodniają (por. Rdz 3, 1-5).

W tym momencie można by zapytać, czy mamy … ochotę (jeszcze dłużej) wpatrywać się w Smoka i dokładniej poznawać świat jego złości, taktyki kłamania i zabójczej nienawiści. Z tą chęcią bywa różnie u ludzi. W niektórych epokach (tak było jeszcze trzy dekady wstecz) temat istnienia i oddziaływania Smoka-szatana uważano za niepoważny i „ciemnogrodzki”. Dziś jest już inaczej. W świat bardzo niebezpiecznego okultyzmu próbuje się bowiem inicjować – już od najmłodszych lat oraz dość otwarcie – kogo się tylko da. Stąd mamy dziesiątki tysięcy wróżek, specjalistów od (niby to tzw. białej, a de facto czarnej jak smoła) magii, wątpliwej proweniencji uzdrowicieli, jasnowidzów, których działanie prawnie się sankcjonuje. Wszelkie publikacje uprzystępniające sferę magicznych praktyk i okultyzmu, a także książki (podobno literacko sprawnie napisane), wydawane w dużych nakładach i nachalnie promowane, to kolejny przejaw fascynacji złem. Jest to wyraz „misyjnego” zamysłu, by coraz więcej ludzi poddawać pod wpływ Złego, czyli apokaliptycznego Smoka i różnych Bestii, pozostających na jego służbie.

Nasze codzienne doświadczenia i proste obserwacje pozwalają twierdzić, że w ludziach obecna jest jakaś ciekawość zła (a może i Złego). Śledzimy (przynajmniej niektórzy) z zapałem różne skandale i zło tego świata. Niektórzy artyści twierdzą wręcz, że zło jest bardziej … fotogeniczne, a słupki oglądalności i poczytności rosną kanałom telewizyjnym i brukowcom, gdy odbiorcy (chciałoby się powiedzieć gawiedź) znajdują w nich to, czego są żądni (w swej skażonej i gorszej części ludzkiej natury).

Ujęci Pięknem

Na szczęście jest i druga strona medalu. Dotyczy ona najgłębszych pragnień i pasji, które w sobie odkrywamy. Naszą uwagę najbardziej przyciągają piękno i dobroć oraz inne cenne wartości. Pogłębione analizy antropologiczno-filozoficzne (podobnie zresztą prosta intuicja i mądrość) unaoczniają tę prawdę, że w spotkaniu z pięknem, dobrem i dobrocią (różnych bytów) doświadczamy obecności samego Boga z Jego doskonałym Pięknem, Dobrem i Dobrocią. Im w czymś – a tym bardziej w osobach – jawi się naszym oczom więcej piękna, dobroci i dobra, to tym mocniej czujemy się dotknięci, poruszeni i przyciągani. Czym? Kim i przez kogo? Otóż w mądrze przeżytej fascynacji pięknem i dobrocią osób (i w ogóle stworzeń) słyszymy rozbrzmiewające zaproszenie, by zauważyć i radować się samą Przyczyną rzeczy i osób, które nas fascynują i przyciągają. Niewątpliwie wszyscy ludzie wszystkich czasów przeczuwają – choć z różną intensywnością i oczywistością – istnienie kogoś, Kto JEST (istniejąc nieskończenie doskonalej niż my)! I Kto jest doskonale Piękny i Dobry. Na te dwa przymioty bytu (tzw. transcendentalia) czujemy się szczególnie wrażliwi; one najbardziej nas poruszają i przyciągają. Poprzez nie jest nam najłatwiej Boga przeczuwać i ku Niemu, jako Komuś najbardziej upragnionemu, podążać. Jest to bardzo znamienne i wiele o nas mówi, iż nie możemy nie czuć respektu i nie pragnąć piękna; podobnie jest z podążaniem i lgnięciem do dobra i dobroci. Oczywiście, z tą samą żarliwością chcemy poznawać i mieć do czynienia z prawdą, a nie z jakimiś kłamstwami, manipulacjami czy urojeniami lub ulotnymi i przemijającymi „kreacjami” świata wirtualnego.

– Skoro takie są podstawowe „odruchy” rozumu i woli w naszym obecnym kształcie bytowania, to czyż miałyby się one – nasze upodobania i pragnienia – zmienić czy zostać zawieszone w odniesieniu do Piękna, Dobra i Dobroci w „wydaniu” najdoskonalszym – Boskim? To jasne, że nie!

Nasz problem, jak długo jesteśmy na ziemi, polega na tym, że na razie wszystko, z czym mamy do czynienia – zarówno na co dzień, jak i nawet w szczytowych doświadczeniach piękna czy miłości – jest jedynie odblaskiem, przedsmakiem i zapowiedzią tego, co da nam Bóg, gdy „ujrzymy Go takim, jakim jest” (1 J 3, 2). Ale i tak, mimo wszystko, mamy ważne i słuszne powody, żeby – oby nigdy nie zapominając o celu naszej ziemskiej wędrówki – już się radować pięknem i dobrocią. Wszelkim pięknem i wszelką dobrocią: we wszelkich wspaniałych stworzeniach, w przyrodzie, w kwiatach, w dzieciach, w ludzkich twarzach, w muzyce, w śpiewie, w rozgwieżdżonym niebie… I w jeszcze większej klasy pięknie i dobru, jakie obecne są i promieniują z każdej ludzkiej osoby, będącej przecież arcydziełem Boga Stwórcy (por. Rdz 1, 31). Dziś – po Passze Jezusa, po Jego przejściu przez nasze człowieczeństwo i historię – wiemy na pewno, że ludzka osoba stała się jeszcze piękniejsza i bardziej drogocenna dzięki drogocennej krwi Jezusa Chrystusa (por. 1 Pt 1, 19).

Koniecznie dodajmy, że wielkie wrażenie robi na nas piękno oglądane w Świętych Pańskich – takich na przykład jak Matka Teresa z Kalkuty, Teresa od Dzieciątka Jezus, o. Pio, Jan Paweł II i tylu, tylu innych Świętych. Zapewne także tych (nie)licznych napotykanych w naszych rodzinach, wspólnotach, parafiach, w Kościele…

Nie muszę jednak specjalnie przekonywać, że my, katolicy – a Polacy chyba szczególnie, podobnie jak wschodnie Prawosławie – mamy bodaj bardziej wyostrzony nadprzyrodzony zmysł dostrzegania wyjątkowego piękna w Maryi, jako Matce naszego Pana i Zbawiciela oraz Matce Kościoła, naszej. Wszelkie wątpliwości, zwłaszcza te pozornie teologicznie uzasadniane, ucinamy krótko, przypominając najprościej jak można, że Ważność i Piękno Maryi biorą się z bycia Matką Wcielonego Syna Bożego (i można się tylko bardzo dziwić, że niektórzy bracia odłączeni nie pojmują „rzeczy” tak oczywistej).

W każdym razie, my katolicy, nie dziwimy się temu, że we wszystkie Maryjne uroczystości i święta odczuwamy – w dniu Jej Wniebowzięcia najbardziej – zmysłem wiary, iż to właśnie Piękno naszej Matki i Królowej potrąca w nas jedną z najwrażliwszych strun… A wielość Jej obrazów i imion wcale nie przeszkadza. Dobrze wiemy, jak autor przytoczonej poniżej pieśni, że Ona jest tylko Jedna, że ma dobre oczy, zawsze kochające. Że nas zawsze broni i jest przyczyną naszej radości…

Jedni zwą Cię Pani Górecka, inni Częstochowska, jeszcze inni Zwierciadło Sprawiedliwości. Panno Pszeniczna, Zielonooka, patrząca z Miłością, przyczyno naszej radości, módl się za nami. Chociaż wiele nosisz imion, jesteś tylko jedna. Twoje dobre oczy patrzą na świat. Chociaż czasem zapłakane, lecz zawsze kochające. Matko, prowadź nas. Ukochałaś polski naród i wciąż jesteś wśród nas, wysłuchujesz prośby swoich dzieci. Choć wróg próbował nas zniweczyć, Ty zawsze broniłaś nas. Przyczyno naszej radości, módl się za nami.

Częstochowa, 15 sierpnia 2013 – 3 maja 2014

Rozważanie pochodzi z mojej książki Drogocenni w oczach Boga, s. 166-172

Zostaw odpowiedź