K. Osuch SJ, Niewidomy żebrak – Bartymeusz

27 października 2012, autor: Krzysztof Osuch SJ

Nie jest to dokładnie ta sama perykopa, ale uzdrowiona osoba – opisana i przez św. Marka i św. Łukasza – jest zapewne ta sama. – Na XXX Niedzielę zwykłą.

Kiedy Jezus zbliżył się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: Co chcesz, abym ci uczynił? Odpowiedział: Panie, żebym przejrzał. Jezus mu odrzekł: Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła. Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu (Łk 18,35-43).

Grzech czyni żebrakiem

Niewidomy Bartymeusz (jego imię ujawnia św. Marek, por. Mk 10, 46) zaznał nędzy życia w stopniu wyjątkowym. Oprócz niewidzenia i doskwierającej biedy doświadczał też gorzkiego smaku lekceważenia i odrzucenia. Czuł się też mocno napiętnowany, gdyż kalectwo według ówczesnych potocznych przekonań żydow­skich świadczyło o winie moralnej, jego własnej lub jego przodków. Na widok kogoś takiego – tylko nieliczni okazywali współczucie, zaś większość odwracała głowę i szerokim łukiem omijała nieszczęśnika. Tak było wtedy, podobnie bywa dzisiaj. (Zobaczmy, ile razy w życiu zatrzymaliśmy się przy kimś żebrzącym, by powiedzieć mu dobre słowo i tak obdarować go „jałmużną” cenniejszą od pieniędzy).

Wczuwając się w los Bartymeusza, można by wykrzyknąć, że tyle cierpienia na jedną głowę to za dużo! Można by się też …ucieszyć, że nasz los, na ogół, nie jest tak marny. W końcu, mamy się dużo lepiej; mamy oczy, nie żebrzemy. Mamy tyle dóbr i zabezpieczeń…

Jednak patrząc głębiej, zdajemy sobie sprawę z tego, że wszystkie biedy i choroby ciała opisane w Ewangeliach mają swój „odpowiednik” w biedach i chorobach naszych dusz, naszych serc. Tak naprawdę wszystkich nas dotyka w tym życiu jakiś stopień czy odmiana duchowej ślepoty, paraliżu, trądu i głuchoty. A z czasem odkrywamy i to, że nasza duchowa ślepota, paraliż, trąd i głuchota mają swoje źródło w grzechu. A ten jest czymś najokropniejszym, gdyż oznacza zerwanie więzi z Bogiem. Kryje też w sobie odmowę wiary, wycofanie zaufania oraz zakwestiono­wanie Jego Boskich przymiotów: Dobroci, Miłości i Wszechmocy. Tkwienie w grzechu oznacza odwrócenie się od Boga i trwanie w zakrzywieni ku sobie (św. Augustyn) i ku samej doczesności.

Dobrze jest cieszyć się zdrowymi oczami ciała i dobrym słuchem, ale i tak są powody, by pytać siebie, jak funkcjonują oczy i uszy mojej duszy. I co tak naprawdę widzę i pojmuję z tajemnicy Boga, z tajemnicy Jezusa Chrystusa? A także z tajemnicy człowieka?

Poważne wejście w świat czterech Ewangelii dość szybko uświadamia nam, że wciąż daleko nam do widzenia wszystkiego w taki sposób, w jaki widzi Jezus Chrystus. Dystans dzielący nas od Jezusa widzimy może najbardziej wtedy, gdy konfrontujemy się z Przykazaniem Miłości, tj. z ogromem Miłości zaofiarowanej nam przez Boga i z wielką miarą miłości, którą my winniśmy skierować ku Bogu, bliźnim, a także ku sobie samym. Im dłużej przestajemy z Jezusem, tym bardziej On nas fascynuje i do Siebie pociąga, ale też pokazuje dystans, jaki jeszcze dzieli nas od Niego.

Nasza żebranina

A co do żebrania: czy jesteśmy „lepsi” od Bartymeusza? Wpraw­dzie materialnie mamy się na ogół znacznie lepiej niż on, jednak w sen­sie duchowo-psychicznym zachowujemy się nierzadko jak żebracy! Zamiast radośnie i bezpiecznie mieszkać w domu Słowa Bożego, to siadamy przy drogach świata, epatującego nas bogatą ofertą technicznych i innych możliwości, i żebrzemy…

Co to dokładniej i praktycznie oznacza? Odpowiedzi łatwo znajdziemy sami. Ale choć trochę naprowadzę. Być może wiele godzin (nierzadko „dużo za dużo”) przesia­dujemy przed telewizorami, skaczemy z kanału na kanał, oblatujemy z pomocą sieci Internetu pół świata, by znaleźć to, czego nam brakuje do szczęścia… Szukamy i nie znajdujemy. Odczuwamy pustkę, której próbujemy zaradzić w kolejnym czy innego rodzaju „seansie” żebrania.

Form żebrania jest oczywiście bardzo dużo, np. w międzyludzkich relacjach, kiedy to za odrobinę uznania potrafimy zapierać się swoich poglądów religijnych czy nawet politycznych, jeśli są „zbyt” praw(icow)e. Czasem z lęku przed niewiadomą reakcją grupy, nie przyznajemy się do wiary i jasnych zasad mo­ralnych. Niekiedy potrafimy komuś schlebiać czy przemilczać prawdę, byle tylko w zamian zyskać trochę aplauzu czy też oszczędzić sobie ryzyka wpisanego w bycie świadkiem po­zna­nej prawdy i Boga nade wszystko umiłowanego.

Powiedzmy szczerze, sobie i Jezusowi, jak to jest z naszym widzeniem i ślepo­tą… I jak bardzo pozorne jest nasze bogactwo… I ile jest w nas odczucia nędzy i form żebrania…

Niech nasze braki nie zamykają nam ust i nie onieśmielają, lecz przypro­wadzają do Jezusa. W końcu, nie wstydźmy się wołać jak Bartymeusz: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!

Przeszkody w dotarciu do Jezusa

Warto podkreślić, że Bartymeusz był pozbawiony wzroku i wielu innych dóbr, ale słuch miał dobry. Z otwartym sercem nasłuchiwał, co wokół mówiono o Jezusie. Za­słyszane świadectwa o dobroci i mocy Jezusa wzbudziły w nim niezachwianą ufność. Czekał na sposobność, żeby osobiście poprosić Jezusa o ratunek!

Gdy usłyszał, że tłum przeciąga, dowiadywał się, co się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Tej okazji nie przepuścił. Nie bał się, że się ośmieszy. Wołał na całe gardło. Wszystko postawił na jedną kartę!

Jego ufna wiara napotkała jednak na wielką przeszkodę. Ewangelista mówi, że ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Tak, ci „na przedzie” okazali się niewrażliwi na kogoś najbardziej potrzebującego. Im wystarczyło to, że sami są blisko Jezusa. Fizycznie byli blisko, ale czy w sensie duchowym nie dzielił ich jeszcze wielki dystans od Jezusowego Serca, tak zawsze wrażliwego na wołanie o pomoc. Na każde wołanie, bez najmniejszego wyjątku.

Nie dać się zbić z tropu

Niewidomy nie dał się zbić z tropu. Lecz jeszcze głośniej wołał: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną! Użył całej swojej energii, by zostać usłyszanym. Był pewny, że gdy Jezus usłyszy jego prośbę, to na pewno zatrzyma się i pomoże rów­nież jemu.

Rzeczywiście, Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się zbliżył, zapytał go: Co chcesz, abym ci uczynił? Tym samym Jezus potwierdził, że przyszedł do tych, którzy źle się mają (Łk 5, 31).

Tylko ci na przedzie uznali, że „przypadek” Bartymeusza jest beznadziejny i niewart uwagi Jezusa. Swoim zachowaniem potwierdzili tę dziwną prawidłowość i kontrast: Bóg Ojciec w swoim Synu Wcielonym z wielką miłością szuka każdej owcy zagubionej i z wielką delikatnością zwraca się do źle się mających, zaś my ludzie, będąc niedouczonymi uczniami Jezusa, potrafimy „znakomicie” utrudniać, sobie i innym, dostęp do zbawczej mocy Jezusa.

Jak ja reaguję na trudne sytuacje – własne i bliźnich? Czy nie oceniam ich jedy­nie z pozycji własnej bezradności? Ile osób uznałem w życiu za przypadki bezna­dziejne i nic im nie zaofiarowałem? Może ani jednym słowem nie wspomniałem o Jezusie jako potężnym Panu i życzliwym Zbawicielu?

Może przede wszystkim siebie samego traktowałem jako przypadek bezna­dziejny? Może przez wiele lat było tak, że zamiast rozpalać ogień miłości, wiary i zaufania do Jezusa, to poddawałem się smutkowi? Może posuwałem się znacznie dalej w de­strukcji własnej osoby, pogrążając się w rozpaczy czy nawet w jakiejś formie targając się na dar życia (choćby w formie wyniszczających nałogów)?

Zrzucić płaszcz

Wymowne i swoiście piękne jest to, że (jak zauważa św. Marek) niewidomy zrzucił ze siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. Uderza jego pośpiech i to, że użył całej swej energii, by jak najszybciej dotrzeć do Jezusa. Można powiedzieć, że mając najlepsze przeczucia, biegł ku nowemu rodzajowi życia, które da mu Jezus…

Rekolekcje Ignacjańskie, do których w tej książce tu i ówdzie nawiązuję, mają w sobie coś (a może nawet bardzo dużo) z gestów Bartymeusza, także tych: zrzucił płaszcz, zerwał się, przyszedł do Jezu­sa… A zrzucić płaszcz – to oprócz sensu dosłownego zrzucić czy porzucić te wszystkie postawy i nawyki, które odwodzą od Jezusa i utrudniają pójście Jego drogą, razem z Nim do Ojca. Gotowość zrzucania płaszcza nawyków starego człowieka w nas należałoby podtrzymywać całe życie. Nie jest to łatwe, bo trudno jest rozstawać się z tym, co stary człowiek w nas pamięta jako rzecz przyjemną i korzystną, choć według Dekalogu i Ewangelii jest ona naganna.

Św. Paweł poucza, że co się tyczy poprzedniego sposobu życia – trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz, odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przyoblec człowieka nowego, stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości (Ef 4, 22-24). Nie jest to łatwe i proste, ale jest możliwe, gdyż mamy wolną wolę, a ta – wrażliwa jest i skierowana ku Dobru, ku dobru prawdziwemu.

To prawda, nasza wola bywa zniewolona, choćby tylko doraźnie i w pewnym zakresie. Mimo to nie tracimy nadziei, bo wiemy, że Jezus Chrystus potrafi i chce uczynić zniewoloną wolę na powrót wolną dla Boga! O pełną wolność człowieka wewnętrznego w nas gorąco Jezusa prośmy, wołając dziś i często: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!

Rozważanie znajduje się w mojej książce: powiększ okładkę

Zobacz: http://katalog.wydawnictwowam.pl/?Page=opis&Id=57530

Kategoria: medytacja

Zostaw odpowiedź