Do doskonałej jedności przez nieuchronne rozłamy

5 czerwca 2019, autor: Krzysztof Osuch SJ

Zobacz obraz źródłowy

W czasie ostatniej wieczerzy Jezus podniósłszy oczy ku niebu, modlił się tymi słowami: Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno (J 17, 11). Słowa Jezusa z dzisiejszej perykopy, zapisane w 17. rozdziale Janowej Ewangelii, są gorącą prośbą Jezusa zanoszona do Ojca, aby Jego uczniowie stanowili jedno. Jutro usłyszymy dalszy ciąg Jezusowej Modlitwy Arcykapłańskiej: 

Ojcze Święty, nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał.

Skojarzmy tę Jezusową prośbę i Jego naleganie, by Jego uczniowie stanowili jedno – z tymi oto słowami Jezusa: 

Czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu… (Łk 12,49-53).

Jak mają się do siebie jedne i drugie słowa Jezusa?

Prawdą jest, że Jezusowi najbardziej zależy na budowaniu jedności między ludźmi.

Cała Jego misja na to jest nastawiona, żeby nas wszystkich pojednać – z samymi sobą (w sobie), z naszymi bliźnimi, a także z Boskimi Osobami. Bóg Ojciec wyznaczył swemu Wcielonemu Synowi „strategiczny” cel: by wszystkich zgromadzić w Jedno!

Jezus ze swej strony czyni wszystko, by zjednoczyć nas w jedną rodzinę dzieci Bożych, które naprawdę wzajemnie się miłują i bardzo cenią. Jezus dał się zawiesić na krzyżu (na drzewie hańby), byle tylko przekonać nas ludzi o tym, że Miłość Boga do nas jest odwieczna, nieskończona i nieodwołalna. I że jest ona przyczyną i źródłem wszelkiego pojednania i pokoju; pokoju, który rozlewa się jak wielka rzeka.

Przyznajmy, że (na tym tle) szokująco brzmią w ustach Jezusa te słowa: przyszedłem dać ziemi nie pokój, lecz rozłam.

Jest pewne, że Jezus nie uprawia słownej gry. To, o czym mówi, jest na pewno prawdziwe. Naszym zadaniem jest dotrzeć do sensu zdań, które mówią i o jedności, i o rozłamie.

Pewne jest i to, że gdy naprawdę słuchamy Jezusa, to On co rusz zbija nas z tropu. Niemal „co zdanie” okazuje się, że naprawdę myśli Boga nie są naszymi myślami (por. Iz).

Po tych wstępnych uwagach – pytajmy, jak to jest, że Bóg wchodzący w nasz świat – jako Wcielony Boży Syn – wydaje nam nieustanną wojnę. A Błażej Pascal nawet dopowie, że bylibyśmy bardzo biedni, gdyby Bóg nie wydał nam tej wojny. Jest to wojna bardzo poważna, ale też wspaniała, gdyż jest ona wojną miłosną. Wojną, w której Boska Miłość do nas zdecydowana jest walczyć i zwyciężyć.

Bóg przychodzący w Jezusie mówi nam, że On – Trójjedyny – jest Miłością i że nie ma w Nim żadnej niechęci, żadnej nienawiści, ani jakiejkolwiek złości. On uświadamia nam też, że nasza człowiecza natura cała utkana jest z miłości Stwórcy i jako taka jest powołana do miłowania. Jedynie do miłowania!

Stwórca nie godzi się na to, żeby w Jego umiłowanym stworzeniu panowały zaborcze żądze i jakakolwiek złość!

Bóg ubolewa, że wdarły się w nasze serca demoniczne żywioły.

W imię swej wspaniałej odwiecznej Miłości wydaje demonom i temu, co jest w nas demoniczne (dzielące), swoistą wojnę! Bóg wchodzi z nami w spór. Tłumaczy nam cierpliwie, że nigdy i pod jakimkolwiek pozorem nie wolno nam przystać na to, co nie jest Miłością! Nic bowiem, co nie jest z Miłości, nie może wejść do Nieba i w zjednoczenie z Bogiem.

Wiemy o tym wszystkim od Jezusa – Syna Bożego.

To On stopniowo zmienia naszą mentalność. On oświeca nas i uświadamia nam, że całe nasze życie winno być nieustanną walką duchową. Czyż nie do bojowania podobny byt człowieka? (Hi 7, 1)Dojrzały chrześcijan wie, że nie zazna spokoju, dopóki w nim samym i wokół niego nie zapanuje Boskie Prawo Miłowania!

1-o: A zatem dojrzały chrześcijanin godzi się najpierw na całożyciową WOJNĘ W SOBIE SAMYM.

– Taka zachodzi konieczność, ponieważ jesteśmy w sobie podzieleni.

 Z naszego serca wychodzi nie tylko dobroć i życzliwość, ale także całe mnóstwo złych dążeń. Św. Marek Ewangelista opisuje destrukcyjne dążenia w nas aż dwunastoma słowami; nazywa je „złymi myślami ”, które pochodzą z wnętrza, z serca ludzkiego (por. Mk 7, 21 n).

– Dajmy się zatem pouczyć Jezusowi i jasno wiedzmy, że to w nas samych jest rozłam; zaś wszelkie inne rozłamy są pochodnymi tego bodaj najważniejszego rozłamu w nas samych. Z jednej strony linii frontu staje nasz egocentryzm i wszelkie odmiany żądzoraz wadliwych postaw…, a z drugiej strony staje agape, czyli ta Miłość, która jest w Bogu. Ta, którą sam Duch Święty rozlewa w naszych sercach!

W tę walkę duchową wpisują się (powinny) pozytywnie i twórczo wszystkie nasze medytacje, modlitwy, rachunki sumienia, spowiedzi, nawrócenia, akty strzeliste itd. Raz tę walkę wygrywamy razem z Chrystusem i w Jego Duchu, a kiedy indziej wygrywa w nas szatan i dążenia starego człowieka w nas.

2-o: Kto poznaje Jezusa i idzie za Nim naprawdę, ten godzi się na dość częste konflikty także ze swoim OTOCZENIEM.

Jeśli ja żyję Jezusowym Prawem Miłości, a inni żyją wg swoich pożądań i po światowemu, to na pewno wcześniej czy później dojdzie do starcia! Ujawni się ostry konflikt.

Trzeba być jednak bardzo ostrożnym w rozeznawaniu i mówieniu: oto ja wiodę spór i wojnę z moim otoczeniem, ponieważ ja miłuję miłością, która z Góry zstępuje, a oni – nie! Łatwo jest tutaj o pomyłkę! Bodaj najczęściej tak bywa, że różne walki między sobą toczymy jako ludzie starzy, cieleśni i, mniej lub bardziej, poddani mocy Złego!

Kiedy w rodzinie lub wspólnocie pojawia się konflikt, to trzeba sobie zadać pytanie: co i kogo ja reprezentuję w tym konflikcie, w tej walce?

Sam fakt walki nie powinien nas dziwić. Jezus najwyraźniej przewiduje spory, rozłamy i walkę! Ważne jest to jedynie, czy w tej walce duchowej jestem po stronie Jezusa i czy toczę naprawdę miłosną walkę czy raczej nienawistną? Czy walczę z miłością i o miłość? Czy przeciwnie?

Kiedy czytamy Ewangelię i ją rozważamy, a także wglądamy rzetelnie w siebie, to na pewno rozeznamy, jaki charakter mają przeżywane przez nas rozłamy.

Mogą to być rozłamy „jedynie” między dwoma cielesnymi osobami, które – gdzieś głębiej patrząc – dają się manipulować demonom, którym miłość, szacunek i życzliwość są obce najzupełniej!  

Możemy mieć do czynienia także z typowo ewangelicznym rozłamem, który wynika z opowiedzenia się jednej osoby za Miłością Bożą, a drugiej – przeciw niej!

Sądzę, że w zakonnych wspólnotach jest tak najczęściej, że wszyscy opowiadamy się za Jezusem i za Prawem Boskiej Miłości, ale gnębią nas różne demony, które manipulują naszą ludzką złożonością i naszym brakiem rzetelnego i uczciwego wglądu w siebie.

Diabeł z upodobaniem stosuje taktykę: Dziel i rządź

Dość łatwo przychodzi mu dzielić nas i w jakimś stopniu rządzić nami, gdyż każdy z nas już sam w sobie jest podzielony, niespójny. Tacy pozostajemy – po grzechu pierworodnym – właściwie przez całe nasze życie. A tę sytuację wewnętrznego podziału w nas komplikują jeszcze bardziej doświadczone przez nas różne zranienia, wielkie głody miłości, a także poczucie nędzy i małej wartości, lęki przed zlekceważeniem i odrzuceniem.

Jeśli nie chcemy się pogubić w gąszczu naszych dążeń, zranień i lęków, to winniśmy mocno UCHWYCIĆ SIĘ JEZUSA I TRZYMAĆ SIĘ GO OBURĄCZ!

  • Codziennie napełniajmy się Jego miłością!
  • Toczmy też bardzo świadomie zadane nam i nieuchronne walki duchowe!

Niech będą to jednak zawsze miłosne walki! Czyli walki o Miłość. Walki toczone w Duchu Jezusa i mocą Jego Świętego Ducha. Niech będą to walki w duchu Jezusowego kazania na Górze; a to znaczy m. in. w duchu miłowania wszystkich, nawet nieprzyjaciół i zdeklarowanych wrogów.

  • Pozyskujmy wszystkich – wraz Jezusem i Jego Mocą – dla Miłości!
  • Zawsze zaczynajmy od przezwyciężenia rozłamu w własnym sercu.
  • A potem wchodźmy w rozłamy zewnętrzne i wychodźmy z nich zwycięsko, tzn. poddając wszystko w sobie i w innych Boskiej Miłości, która ceni, chroni, buduje, jednoczy, dowartościowuje – drugą osobę, bliźniego!

Jeszcze taka PRZESTROGA – ZACHĘTA (wyczytana na okładce pewnej książki):

„Dopiero kiedy miłość umiera, odkrywamy, że te wszystkie sprawy, które ją niszczyły, były bez porównania mniej ważne, niż ona sama. Że nie ma takiej różnicy charakteru, poglądów, zachowań, która usprawiedliwiałaby wystawienie miłości na niebezpieczeństwo.

Niewiele jest rzeczy tak ważnych, a zarazem tak kruchych, jak ludzka miłość. Tylko naiwni mogą sądzić, że miłość jest z cementu i wystarczy raz ją zdobyć, a będzie trwała wiecznie. Wprost przeciwnie: miłość jest tak delikatna jak chińska porcelana. Potrzebuje, żeby ją pielęgnować i rozpieszczać. Najmniejsza rysa, pęknięcie, z czasem boleśnie się powiększa…

Kiedy tracimy miłość, w rzeczywistości tracimy o wiele więcej. Jeśli miłość zdolna jest rozświetlić nasze życie, to co może się zdarzyć, kiedy zgaśnie? Z pewnością nasze życie stanie się ciemne, ponure. Dbajcie o nią dobrze, przyjaciele, którzy macie szczęście ją posiadać… ” [1].

 

Częstochowa, sobota, 16 maja 2015 AMDG    o. Krzysztof Osuch SJ

[1] Jose Luis Martin Descalzo, Dlaczego warto żyć?, espe. Kraków 2000

Zostaw odpowiedź