Skąd ta fascynacja Jezusem?

28 listopada 2016, autor: Krzysztof Osuch SJ

W dzisiejszej ewangelii Jezus zaprasza nas do zatrzymania się i odkrycia, że oto w NIM spotykamy Najcenniejsze Dobro – osobowe, boskie. W Nim i przez Niego uzyskujemy uszczęśliwiającą możliwość, by wejść w poznanie Ojca – w najbardziej fascynujący świat Boskich Osób. Niestety, niektórzy sami pozbawiają się tej szansy! Wolą być po swojemu (czy po światowemu) „mądrzy i roztropni”, zamiast wykrzesać w sobie postawę „prostaczka”.

– Na pewno jest się nad czym zastanowić… Może wystarczy wsłuchać się w słowa ewangelii, by obudzić w sobie adwentowy entuzjazm dla Osoby Jezusa. A jeśli to nie wystarczy, to proszę wczytać się w moją medytację, która próbuje dociec, skąd bierze się u ludzi fascynacja Jezusem. Właśnie, skąd! Dlaczego Jezus dla tak wielu osób jawi się – i to co dzień od nowa, i tak przez całe ich życie – jako Ten, który szczęśliwymi czyni oczy, serca, duszę? 

Jezus rozradował się w Duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Ojciec mój przekazał Mi wszystko. Nikt też nie wie, kim jest Syn, tylko Ojciec; ani kim jest Ojciec, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić». Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: «Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli» (Łk 10,21-24).

Urok Jezusa

Ludzie spotykający się z Jezusem byli pod wielkim wrażeniem Jego Osoby. Na kartach czterech Ewangelii widać to nieraz, że słuchacze Jezusa, świadkowie Jego cudów nieodparcie ulegali Jego urokowi. Wiadomo, nie wszyscy. Pewne „kategorie” z góry powiedziały „nie”. Mimo to wielkie rzesze ciągnęły, by słuchać Jezusa i doświadczyć uzdrowienia. Mówi o tym m. in. św. Marek.

„Jezus oddalił się ze swymi uczniami w stronę jeziora. A szło za Nim wielkie mnóstwo ludu z Galilei. Także z Judei, z Jerozolimy, z Idumei i Zajordania oraz z okolic Tyru i Sydonu szło do Niego mnóstwo wielkie na wieść o Jego wielkich czynach. Toteż polecił swym uczniom, żeby łódka była dla Niego stale w pogotowiu ze względu na tłum, aby się na Niego nie tłoczyli. Wielu bowiem uzdrowił i wskutek tego wszyscy, którzy mieli jakieś choroby, cisnęli się do Niego, aby się Go dotknąć. Nawet duchy nieczyste, na Jego widok, padały przed Nim i wołały: Ty jesteś Syn Boży. Lecz On surowo im zabraniał, żeby Go nie ujawniały” (Mk 3,7-12).

Z opisów powoływania uczniów i apostołów wiemy, że na ogół szli za Jezusem bez wahania. Może nie od razu potrafili powiedzieć, co powodowało, iż lgnąc do Jezusa, porzucali wszystko – dom i rodzinę, wykonywaną pracę… Choć pójście za Jezusem i chodzenie z Nim nie było bezproblemowe, to jednak „coś” zawsze przeważało, by wytrwać przy Jezusie. Nagrodą za trwanie było doświadczanie ogromnej przemiany. Poszerzały się ich horyzonty. Czuli się włączani w najważniejsze dzieło, które w ludzkich dziejach prowadzi sam Bóg. Ich życie nabierało olśniewającego sensu. Rozkwitali. Stawali się ludźmi nowymi, zdolnymi odważnie głosić Dobrą Nowinę. Nawet późniejsze prześladowania i groźba śmierci nie potrafiły oderwać ich od Jezusa i od głoszenia Dobrej Nowiny.

„Skąd” to wszystko?

Chciałoby się zapytać, „skąd” tak wielki wpływ Jezusa. Wiadomo, że o „sekrecie” Jezusowego wpływu na ludzi można by rozprawiać bez końca. Gdyby jednak trzeba dać odpowiedź bardzo zwięzłą, to powiedziałbym, że ów sekret tak przemożnego wpływania na ludzi i przyciągania tak wielu skrywa się w tym jednym zdaniu: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem (J 15, 9). To wyznanie miłości złożył Jezus na krótko przed swoją śmiercią. Czas i miejsce świadczą, że nic – ani bliska zdrada Judasza, ani myśl o Ogrójcu i Męce, ani konanie na krzyżu, słowem NIC – nie zdołało zgasić czy przytłumić wielkiej Miłości, która płonęła w Jezusowym Sercu. Musiał ją manifestować zawsze i wszędzie. Na różne sposoby. Również w tyle co przywołanym zdaniu: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. – Niech to zdanie (wyznanie) będzie w tym rozważaniu rodzajem refrenu, który streszcza Jezusową Pieśń Miłości, „śpiewaną” w naszym świecie chorym na nienawiść.

Mamy już zatem w ręku klucz do rozumienia Osoby Jezusa i Jego przemożnego wpływu. To Jezusowa Miłość wyjaśnia, dlaczego tak wiele osób poszło za Nim w sposób heroiczny. Aż do oddania życia. Tak było przez wieki. Dobroczynnego oddziaływania Jezusa doświadczały miliony ludzi. Nam także dane jest – osobiście i dla siebie – odkrywać coraz bardziej rewelacyjne znaczenie Osoby Jezusa. Dla zrozumienia Osoby Jezusa nie musimy gromadzić wielu cytatów. W pewnym sensie wystarczy właśnie ta jedna, w swej treści niezwykła, wypowiedź Jezusa: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem.

To uderzające, że źródło miłości zaofiarowanej nam przez Jezusa bije nie w samym tylko Jezusie, lecz jeszcze gdzieś głębiej – „wyżej” i „dalej”: w Sercu samego Boga Ojca! Ogrom miłości zaofiarowanej nam przez Jezusa ma swe najpierwotniejsze źródło w Miłości Boga Ojca! Jezus oświadcza, że miłuje nas ludzi, ponieważ sam jest miłowany przez Ojca. W tym zdaniu oznajmującym: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem – Jezus, jakby mimochodem, komunikuje, że nas miłuje. Natomiast cały nacisk kładzie na to, jak On nas miłuje!

W „opowieści” Jezusa o tym, jak On nas miłuje, najwyraźniej nie ma wielu słów. Zaledwie kilka słów. Ale Mistrzowi tyle wystarczy, by nam skutecznie zakomunikować – wyznać i podarować „coś” najwspanialszego.

Znamienne jest to, że dla określenia stopnia czy intensywności swej miłości Jezus nie użył żadnego przymiotnika. Nie powiedział na przykład, że miłuje nas bardzo, mocno czy najzupełniej wyjątkowo itp. Powiedział po prostu, wprost i najdokładniej: że miłuje nas tak, jak sam jest miłowany przez swego Ojca!

– Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że człowiek wszystkich kultur i epok nie może usłyszeć wyznania miłości bardziej znaczącego i piękniejszego? I czy przeżyliśmy już w życiu pozytywny szok i wstrząs, związany z taką „skalą” Miłości?

Winno być dla nas jasne, że nigdzie we Wszechświecie nie ma większej miłości ponad tę, którą Jezus otrzymuje od Swego Ojca! I Którą (niejako co prędzej) chce przekazać nam! Jasne winno być i to, że miłość Boga Ojca, a także miłość Syna i Ducha Świętego, nie jest nam dana ot gwoli „taniego pocieszenia”. Nie jest to też miłość ulotna czy warunkowa. Tej Miłości i Takiej Miłości nie można banalizować, niejako ustawiając ją w jednym szeregu z tym wszystkim, co (na lewo i na prawo, bez czucia wagi słów) mówi się o miłości w naszym mocno psującym się świecie, w cywilizacji dryfującej „na oko”, bez określenia celu prawdziwie szlachetnego i transcendentnego.

Oby z całą wyrazistością dotarło do nas to, że Miłość Boga Ojca do Syna Przedwiecznego jest odwieczna i nieskończona, absolutnie wierna i uszczęśliwiająca. To dokładnie taką (wieloprzymiotnikową) Miłość – Jezus zaofiarowuje nam, mnie, każdemu i każdej!

I prosi nas, byśmy zechcieli tę Miłość przyjąć, kontemplować i żyć z niej! A czyniąc to, usadawiamy się przy niewyczerpalnym Źródle wszelkiego Dobra. Gdy co dzień na nowo, po wielekroć, przyjmujemy Jezusową Miłość, to przeżywamy zdumienie, olśnienia i radość. Przepełnia nas poczucie nieutracalnej godności, nad którą nikt (z ludzi i żaden z demonów) nie ma władzy. Czerpiąc u Źródła, odnawiamy zasoby siły do życia; zyskujemy motywację do walki duchowej i życiowych zmagań. Doświadczamy przypływu energii, potrzebnej do podjęcia różnych życiowych zadań, które w końcu są wolą Boga wobec nas…

Leczenie Miłością

Mówiąc o ważności Miłości, nie sposób nie powiedzieć, choćby krótko, o wielkiej trudności. Otóż okazuje się, że wszyscy mamy dużą trudność z otwarciem się na zaofiarowaną nam Miłość! To zaskakuje, że trzeba pokonywać różne trudności, by (w końcu) „zwrócić się wprost do Miłości”.

– Maleńkie dziecko ma cudowną zdolność otwierania się i karmienia się miłością – i to z całą prostotą i zaufaniem. U nas dorosłych odruch otwarcia na Miłość jest ohamowany, a bywa że i zablokowany. Niby wiemy, że miłości jesteśmy złaknieni! Że z Miłości jesteśmy utkani. Że ku wielkiej Miłości Boga jesteśmy wewnętrznie skierowani! I że ponad to wszystko jesteśmy bardzo ubodzy w miłość! A jednak wszyscy ludzie doświadczają wielkiej trudności, by cały sens i piękno swego życia zbudować na zaofiarowanej nam Miłości, Boskiej Miłości!

O powodach tej paradoksalnej (zaskakującej) trudności można by wiele mówić, i to sięgając dosłownie do Adama i Ewy, a także do ludzkich dziejów oraz do historii naszego życia w rodzinie. – Nie pora o tym wszystkim mówić. Zatem tylko najkrócej. Otóż po grzechu pierworodnym wszyscy rodzą się, wzrastają i z trudem dojrzewają, doświadczając wielkich niedoborów miłości. Główna przyczyna tych niedoborów nie jest w nas samych, w ludziach. Nie powinniśmy więc wzajemnie ciosać sobie kołków na głowie, obwiniając siebie nawzajem; a zwłaszcza młodzi starszych, dzieci – rodziców itd. Mówi Pismo Święte, że to przez zawiść diabła weszła śmierć na świat (por. Mdr 2, 24); dokładnie podobnie należy stwierdzić, że też przez zawiść diabła i przez ludzki grzech wdarły się w ludzkie serca różne „siły”, które są z miłością sprzeczne. To one dezorganizują nasze wnętrza (serce), chaotyzują je i podejrzliwie „nastrajają” wobec Miłości. Nic zatem dziwnego, że w takiej duchowej sytuacji – zagrożenia śmiercią, nieufności wobec Miłości i wielkich niedoborów miłości – całe nasze życie na ziemi domaga się bardzo świadomej troski o ciągłe i niezmordowane otwieranie się na Bożą Miłość.

Trzeba bardzo świadomie poddawać się Terapii Miłości, czyli leczeniu siebie Miłością! I to całej osoby. Wszystkich jej „warstw”. Zwłaszcza rany, spowodowane krzywdą i niedoborem miłości, winny być uzdrawiane w taki właśnie sposób. Konsekwentnie, aż do uzdrowienia. Źródło leczącej Miłości jest w Jezusie, w Jego Sercu, w Miłości Ojca. W Duchu Świętym, który rozlewa miłość w naszych sercach (por. Rz 5, 5). W tej miłości trzeba trwać i wytrwać. Jezus od razu to właśnie dopowiedział: Wytrwajcie w miłości mojej!

Jeśli nie chcemy w życiu błąkać się i błądzić, to winniśmy znaleźć trwały, regularny i skuteczny, przystęp do Boskiej Miłości. Znaleźć przystęp i czerpać! I nie dać się oderwać od Miłości! Nie dać jej sobie odebrać! Chrześcijaństwo, Kościół, wszystkie sakramenty święte, całe Pismo Święte, wszystkie szkoły duchowości i życia wewnętrznego, wszelkie rekolekcje itp. – mają jeden cel: skontaktować nas z Miłością Boskich Osób. Najdosłowniej.

To wszystko, o czym tu mowa, można by nazwać troską o zdobycie klucza i posługiwanie się nim dzień po dniu. – Może niektórzy z nas, jako dzieci, nosili klucz do mieszkania zawieszony na szyi; żeby go nie zgubić, bo byłoby wielkie nieszczęście. Takim kluczem do duchowego mieszkania, „gdzie się miłością żyje”, jest to Jezusowe zapewnienie: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. I Jego naleganie: Wytrwajcie w miłości mojej! (J 15, 9).

Jak Izraelici

Ze Starego Testamentu wiele czerpiemy i wiele się uczymy. Jedna z cenniejszych „lekcji” jest ta zapisana w Księdze Powtórzonego Prawa 6, 4-9. Oto co im kiedyś, i nam dzisiaj, Bóg kładzie na serce.

Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem – Panem jedynym. Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego swego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił.

– W zasadzie od dawna każdy wierzący wie, że miłość, którą Bóg nam zaofiarowuje, i odwzajemnienie Bogu tej miłości – to jest samo serce religii (tego nie rozwijam). Pragnę zwrócić uwagę na dalsze słowa. Otóż do najważniejszego Przykazania Miłości Bóg „dopisał” normę wykonawczą. Jest ona niezwykle konkretna i praktyczna.

Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję. Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech one ci będą ozdobą przed oczami. Wypisz je na odrzwiach swojego domu i na twoich bramach.

Trudno nie zadać (sobie) paru pytań. Czy my, jako chrześcijanie, mamy w pamięci serca Miłość Boga? Czy nasze człowieczeństwo, w jego istocie, określamy jako „bycie słuchaczem” Boga – Słowa – Drugiego?

I druga seria pytań. Jakim to zaleceniom poddajemy się, by nie popłynąć z nurtem cywilizacji, która już nic naprawdę ważnego nie przekazuje z pokolenia na pokolenie, natomiast ulega zahipnotyzowaniu ze strony „pstrej kakofonii dźwięków i obrazów” (André Frossard)? Co utrzymuje w dobrej formie naszą społeczną i osobistą „sztukę życia z pamięcią” o tym, co jest Najważniejsze? Które media pomagają nam doskonalić sztukę życia z pamięcią? Można by i o to zapytać, jakie to telewizyjne kanały (i treści) „upchnięto” na multipleksach cyfrowych, a co się dość bezczelnie „wypycha”? Kto o to zadbał i czyżby z inspiracji Ducha Świętego? – A świat jest Boży, Pański! Na nic (przejściowe) pyszne zawłaszczenia!

I jeszcze tak. Co i gdzie zapisujemy, wypisujemy? Co przywiązujemy sobie do ręki? Co jest nam ozdobą przed oczami? Co wpajamy naszym dzieciom? I jak często? Jakie słowa pozostają w naszych sercach? Co i „kogo” myślimy najczęściej?

Być może w odpowiedzi trzeba by wskazać przede wszystkim Krzyż z Ukrzyżowanym Panem. A pod nim wypisane to zapewnienie Jezusa: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja ciebie umiłowałem.
– Jednak wielkie symbole i ważne znaki, a także najwspanialsze „słowa” – w pewnym sensie – „zużywają się”; do nich się przyzwyczajamy. Dlatego trzeba je wciąż na nowo rozważać, interpretować. Objaśniać. Także temu służą rekolekcje, poważna osobista refleksja. A także starannie dobrane lektury. Pomagają one odświeżać rozumienie tego, co w naszej wierze jest Najważniejsze!

Zrozumieć Miłość!

Na koniec „powtórzę się” i znów przytoczę słowa o miłości, wzięte z arcydzieła.

„Czy zrozumiałaś moją miłość? Czy często o niej myślisz? Czy myślisz nieustannie? Staraj się więcej w nią wierzyć. Czy to nie rozkosz dać się przenikać moją miłością? Czy żyjesz nią? Czy ją pozdrawiasz przy przebudzeniu? A wieczorem czy zasypiasz w jej ramionach? Miłość i Ja to to samo.

Jak wielu ludzi ma żałosne pojęcie o Bogu, żałosne pojęcie o Chrystusie! Dlatego brak im entuzjazmu w przeżywaniu życia. Niegdyś człowiek żył dla swego króla i był to bardzo drogi cel. Lecz czy nie sądzisz, że żyć dla Boga byłoby celem przenikającym w inny sposób i jakby światłem czułości?

Ja jeden mogę zaspokoić wasze serca. Biedni ludzie, żądacie szczęścia od tych, którzy go nie posiadają… Czy przychodzisz do Mnie, kiedy chcesz kochać? A gdzież miałabyś iść?
Umiłowałem cię od wieków, nie możesz tego zrozumieć: od wieków.

Uwierz i podziękuj, a potem otwórz się dla Mnie, jak kwiat przyzywa słońce i rozwija się przez nie. Otwórz się przeze Mnie i rozdawaj Mnie, to przedziwna praca duszy, która łączy swoje siły z Bogiem. Wynikiem tego jest słodka i wierna dobroczynność” (Gabriela Bossis, ON i ja, Rozmowy duchowe Stwórcy ze stworzeniem. Wyd. Michalineum, t. 2, nr 233. Dostępne online http://www.objawienia.pl/gabriela/gabriela-spis.html .

Bardzo podobne rozważanie jest w mojej niedawno wydanej książce:

Przyjdę niebawem. Rozważania na czas kryzysu, lęku i powrotu Jezusa

.

Komentarze

komentarzy 10 do wpisu “Skąd ta fascynacja Jezusem?”
  1. Anonim pisze:

    Miłuj Mnie wszędzie, miłuj Mnie zawsze – „On i ja”

    Dziękuję za propozycje fragmentów „On i ja” i utworów do posłuchania.

    Ten poniżej sprawdza się doskonale przy chodzeniu po dużym mieście w słuchawkach z telefonem – dopiero co odkryłam….

    https://www.youtube.com/watch?v=Ptd33KfWoP0

    Polecam i jeżeli ktokolwiek ma utwory poruszające Jego serce proszę pisać – może Ojciec utworzyłby jakąś zakładkę z linkami do „Listy przebojów „On i Ja””?

  2. Katarzyna pisze:

    Zachęty żeby nie być zbyt mądrym i roztropnym, zaufać i zachować=pokochać naukę Boga:

    Zaufaj Panu z całego swojego serca i nie polegaj na własnym rozumie! Pamiętaj o Nim na wszystkich swoich drogach, a On prostować będzie twoje ścieżki! Nie uważaj się sam za mądrego, bój się Pana i unikaj złego! (Ks. Przy. 3:5-7)

    Zaufaj Panu i czyń dobrze. Mieszkaj w kraju i dbaj o wierność! Rozkoszuj się Panem, a da ci, czego życzy sobie serce twoje! Powierz Panu drogę swoją, zaufaj Mu, a On wszystko dobrze uczyni. Wyniesie jak światło sprawiedliwość twoją, a prawo twoje jak słońce w południe. (Psalm 37)

    Odpowiedział mu Jezus: Jeśli ktoś Mnie miłuje, zachowuje moją naukę. Dlatego Ojciec mój również go umiłuje; przyjdziemy do niego i będziemy w nim przebywać (Jan 14,23)
    Jesus answered and said unto him, If a man love me, he will keep my words: and my Father will love him, and we will come unto him, and make our abode with him.

  3. Słowo Kardynała w gorącym temacie.

    Kard. Pell: doktryna się rozwija, ale nie można zrobić salta w tył

    ◊ Wielu praktykujących katolików jest rozgoryczonych zmianami, jakie zachodzą w Kościele – uważa kard. George Pell prefekt watykańskiego Sekretariatu Ekonomicznego i członek Rady Kardynałów, która doradza Papieżowi. Australijski purpurat sprecyzował, że przyczyną rozgoryczenia są szerzące się dzisiaj fałszywe teorie na temat sumienia i prawa moralnego.

    Zauważył on, że podkreślanie „prymatu sumienia” może mieć zgubne konsekwencje, ponieważ sumienie nie zawsze podporządkowuje się prawdom objawionym i prawu moralnemu. Spowiednik i penitent tymczasem zawsze muszą się odnosić do prawa moralnego. Kiedy na przykład ktoś wyznaje, że sypia ze swą dziewczyną i chce przy tym przystępować do komunii, to mówienie mu, że ma kierować się własnym sumieniem, byłoby wprowadzaniem go w błąd.

    Kard. Pell zwrócił też uwagę na osobliwy fakt, że o prymacie sumienia mówi się wyłącznie w odniesieniu do moralności seksualnej czy ochrony życia. Rzadko natomiast słyszy się o tym, by kierowanie się własnym sumieniem zalecano komuś, kto jest rasistą czy nie kwapi się do udzielania pomocy ubogim.

    Szef watykańskiej dykasterii odwołał się tutaj do rozważań bł. Johna Henry’ego Newmana o sumieniu oraz do nauczania Jana Pawła II, zwłaszcza do encyklik „Veritatis splendor” i „Evangelium vitae”, w których święty Papież jasno stwierdza, że prawo moralne jest wiążące we wszystkich okolicznościach. Kard. Pell zaznaczył, że choć doktryna Kościoła się rozwija, to jednak nie można zrobić „salta w tył”.

    Pochodzący z Australii kardynał podzielił się swymi refleksjami w Londynie, gdzie poproszono go o zaprezentowanie postaci św. Damiana z Molokai. Przypomniał on, że belgijski misjonarz kierował się w swej posłudze obawą o wieczne zbawienie trędowatych. Podkreślił, że ze słów Jezusa można wnioskować iż wiele osób pójdzie do piekła, a On wiedział o tym więcej niż my. Tymczasem nasza tolerancja dla różnorodności może się zdegenerować do tego stopnia, że zaczniemy wierzyć, iż wiekuiste szczęście to powszechne prawo człowieka – powiedział kard. Pell.

    kb/ rv, catholic herald

    • Zofia pisze:

      Kardynał George Pell jest wielkim człowiekiem i wielkim kapłanem. Został powołany przez św. Jana Pawła II do poprowadzenia, obrony i uporządkowania lokalnego Kościoła w Melbourne w 1996 roku. Dzieło to – trudne ponad ludzkie siły, wykonał po mistrzowsku i w zadziwiająco szybkim tempie, a potem został skierowany do Sydney do walki z piekłem, które zaczynało tam objawiać swoje ohydne oblicze w sposób jeszcze bardziej widoczny niż w Melbourne. Byliśmy, katolicy w Australii, dumni z działalności tego wielkiego Kapłana, który z niezwykłą mądrością, determinacją i nieprawdopodobną siłą radził sobie ze sprawami najtrudniejszymi w Kościele, a także z jego telewizyjnych wystąpień, gdzie popularni i słynni ze swojej antykościelnej zapalczywości dziennikarze – celebryci (de facto „pożal się Boże dziennikarzyny”), zupełnie nie mogli sobie z Arcybiskupem „poradzić”. Miałam takie wrażenie, że wobec jego mądrości i siły, odpadali od niego „jak pluskwy” – przepraszam za to porównanie, ale naprawdę tak było. Piszę to wobec absurdalnych zarzutów (także w TVN w Polsce), „pojawiających się” wobec tego wielkiego kapłana – po prostu piekło się próbuje mścić i to z niemałą siłą tak, że być może sama dałabym się nabrać, gdybym nie miała przywileju być osobiście świadkiem działalności biskupa Pell’a podczas mojego pobytu w Australii. Dziękuję, że Ojciec zamieścił Jego słowa.

    • Pozostając przy tym samym temacie przytaczam dzisiejszą wypowiedź abpa Chaputa za Biuletynem Radia Watykańskiego:

      Abp Chaput: dwuznaczności Amoris laetitia trzeba wyjaśnić

      ◊ Rozbieżności poglądów i dyskusje biskupów na temat adhortacji Amoris laetitia są chyba niezbędne dla jej jak najlepszej realizacji w życiu Kościoła – uważa abp Charles Chaput. Metropolita Filadelfii stoi na czele komisji amerykańskiego episkopatu ds. wprowadzania w życie tego posynodalnego dokumentu Papieża Franciszka.

      Mówiąc o sporach dotyczących tej adhortacji, abp Chaput przypomniał, że Europa i Ameryka Północna mają za sobą 50 lat rewolucji seksualnej. Chrześcijańska wizja małżeństwa, rodziny i płciowości często jest ignorowana i krytykowana. Otaczająca nas kultura nie jest nastawiona pozytywnie do Ewangelii. Dlatego ludzie żyją w napięciu, muszą się zmagać z wielkim zamieszaniem, jakie panuje na tym polu. „A trzeba pamiętać, że dwuznaczności odnośnie do komunii dla rozwodników w nowych związkach wpływają na rozumienie nie tylko jednego, lecz dwóch sakramentów: małżeństwa i Eucharystii” – podkreśla abp Chaput.

      Zastrzega on jednak, że starania Papieża o zachowanie integralności małżeństwa i rodziny są oczywiste. On sam przekonał się o tym jako gospodarz ostatniego Światowego Spotkania Rodzin w Filadelfii. Umocnienie małżeństwa i rodziny jest też jedynym celem Amoris laetitia. „Jednakże jeśli poważni uczeni twierdzą, że dokument ten zawiera elementy, które są dwuznaczne, to sprawa ta powinna być potraktowana w sposób uczciwy i otwarty” – podkreśla szef komisji amerykańskiego episkopatu ds. wprowadzania w życie adhortacji Amoris laetitia.

      kb/ rv, cwr

  4. Zofia pisze:

    Po przeczytaniu tego tekstu znowu stanęłam na nogi. Dziękuję Ojcu z całego serca.
    O, gdyby „niedzielni” mogli usłyszeć takie treści z ambon w swoich parafiach, nic nie powstrzymałoby ich od biegania na Eucharystię codziennie..

  5. Dziś otrzymałem poniższą ZACHĘTĘ; może zainspiruje…

    Odmawiajmy codziennie do końca roku krótki Akt oddania się Niepokalanej wg św. Ludwika de Montfort
    Opublikowano 28 Listopad 2016by wobroniewiary
    Dziś nad ranem usłyszałam w RM „zostało nam 33 dni do końca roku” – dokładnie tyle, ile lat Jezus Chrystus żył na ziemi. I przyszła mi na myśl „akcja modlitewna” na owe 33 dni, bo po ich upływie zacznie się 2017 rok – Rok Maryjny (pod znakiem Fatimy). Dlatego też proponuję przez te ostatnie 33 dni tego roku odmawiać codziennie krótki Akt oddania się Niepokalanej wg św. Ludwika de Montfort

    Ja, (imię), grzesznik niewierny, odnawiam i zatwierdzam dzisiaj w obliczu Twoim śluby Chrztu Św. Wyrzekam się na zawsze szatana, jego pychy i dzieł jego, a oddaję się całkowicie Jezusowi Chrystusowi, Mądrości wcielonej, by pójść za Nim, niosąc krzyż swój po wszystkie dni życia. Bym zaś wierniejszy Mu była, niż dotąd, obieram Cię dziś, Maryjo, w obliczu całego dworu niebieskiego za swą Matkę i Panią. Oddaję Ci i poświęcam jako niewolnik Twój, ciało i duszę swą, dobra wewnętrzne i zewnętrzne, nawet wartość dobrych moich uczynków, zarówno przeszłych, jak obecnych i przyszłych, pozostawiając Ci całkowite i zupełne prawo rozporządzania mną i wszystkim bez wyjątku, co do mnie należy, według Twego upodobania, ku większej chwale Boga w czasie i w wieczności. Amen

    Cały akt: https://wobroniewiaryitradycji.wordpress.com/niewolnicy-maryi/

    • Katarzyna pisze:

      Dziękuje za przypomnienie
      Wprawdzie mam w telefonie w zakładce „Pamiętaj codziennie”, ale od postanowienia do czynu jak widać daleko….

  6. s.Krystyna pisze:

    ” Źródło leczącej Miłości jest w Jezusie, w Jego Sercu, w Miłości Ojca. W Duchu Świętym, który rozlewa miłość w naszych sercach (por. Rz 5, 5). W tej miłości trzeba trwać i wytrwać. Jezus od razu to właśnie dopowiedział: Wytrwajcie w miłości mojej!”

    „Ukryj się we Mnie.Niech twoje cierpienia staną się pokarmem dla świata. W ten sposób staniesz się
    moją oblubienicą” (ON i ja ,t 1 nr 24, 25 grudnia)

    Pozdrawiam i dziękuję Ojcu za głębię rozważań

  7. Akurat przed aktualizacją rozważałem – „przypadkowo” otwarty fragment z ON i ja:

    – Mówiłam: Oto cała jestem przybrana w zasługi mego Oblubieńca. Boże mój, uczyń w moim sercu gniazdko miłości.
    – „Miłość? Znajdziesz ją we Mnie wszędzie: w ranach moich stóp, w ranach moich rąk, w ranie mego serca. I we wszystkich ranach mego biczowania… i w niewidzialnych ranach, które Mi zadały grzechy ludzi wszystkich czasów… Wszystkie te rany płonęły miłością Boga kochającego swoje stworzenia… Mówiłem ci, że to szaleństwo Boga, którego każde poruszenie jest doskonałe. Zmieszaj swą biedną małą miłość z Miłością, którą Syn Człowieczy ofiarowuje Bogu Ojcu. We dwoje dokonamy wielkich rzeczy.
    Dziwisz się, że cię potrzebuję? Przypomnij sobie słowa św. Pawła: 'To czego brak Męce Chrystusa: waszego zjednoczenia współdziałającego’. Córko moja, rozważając moją miłość żyjącą w tobie, rozwiniesz swoją i oddasz Mi ją, abym ją powiększył. Czy nie pytałaś wiele razy: 'Co robić, aby zwiększyć w nas miłość?’ Patrz często na moją miłość i proś ją. Cóż innego mogłabyś robić w życiu i jakiż jest cel bardziej godny ukochania?… Miłuj Mnie wszędzie, miłuj Mnie zawsze. Nie zniechęcaj się nigdy! Jeżeli nie czujesz odpowiedzi, to wiedz, że odpowiedź jest dana; zobaczysz to później. Kochaj tak jak małe dziecko i jak oblubienica. Kochaj Miłość…” (ON i ja, t. 2 nr 155, 30 kwietnia 1942).
    „TO” samo w obrazach oraz cudnie zaśpiewanej przez Beatę Bednarz Pasji MIŁOŚCI:

Zostaw odpowiedź