Bóg coś uczynił – Karl Rahner SJ

23 kwietnia 2019, autor: Krzysztof Osuch SJ

„Trudno w zużytych ludzkich słowach wyrazić tajemnicę radości wielkanocnych dni. Nie tylko dlatego, że wszystkie tajemnice Ewangelii z trudem jedynie przenikają do ciasnoty naszej natury, a jeszcze trudniej przychodzi je ująć naszemu słowu”.

[Pewno nie wszystkim nadążymy za myślą wybitnego Teologa, ale potrudźmy się nieco…, licząc na jakiś duchowy pożytek. – OK SJ]  

Podobny obraz

Orędzie wielkanocne jest najbardziej ludzką wieścią chrześcijaństwa. Dlatego najtrudniej nam je zrozumieć. Tym bowiem, co najprawdziwsze, najbliższe i najprostsze, najtrudniej jest być, najtrudniej to czynić i w to wierzyć. My, ludzie współcześni, żyjemy mianowicie nie wypowiadanym i dlatego tym bardziej dla nas oczywistym wyobrażeniem, że sfera religijna jest wyłącznie sprawą najgłębszego wnętrza serca i najwyższych stref ducha, z którą musimy się porać sami i która dlatego ma w sobie coś z trudności i nierzeczywistości myśli i nastrojów serca.

A tymczasem Wielkanoc mówi nam: Bóg coś uczynił. On sam. A Jego czyn nie tylko poruszył tu i ówdzie serce jakiegoś człowieka, tak że z lekka zadrżało pod tchnieniem czegoś niewypowiedzianego i nie nazwanego. Bóg wskrzesił swego Syna. Bóg ożywił ciało. Pokonał śmierć. Dokonał czegoś i odniósł zwycięstwo tam, gdzie nie chodzi o samą tylko wewnętrzną sferę duchową; tam, gdzie – pomimo całej czci dla ducha – jesteśmy przecież najbardziej realnie sobą samym, w rzeczywistości ziemi, z dala od wszystkiego, co ma charakter czysto myślowy, czysto psychiczny; tam, gdzie doświadczamy, czym jesteśmy: dziećmi ziemi, które umierają. Dziećmi tej ziemi jesteśmy. Narodziny i śmierć, ciało i ziemia, chleb i wino są naszym życiem; ziemia jest naszą ojczyzną. Wszystko to, aby miało swoją wagę i urok, musi być oczywiście zaprawione, niczym tajemniczą esencją, subtelnym, widzącym duchem, co patrzy w nieskończoność, i duszą, która wszystko ożywia i uskrzydla. Ale duch i dusza muszą być tutaj. Tu, gdzie jesteśmy, na ziemi i w ciele, jako blask padający od wieczności na to co ziemskie, a nie jak wędrowiec, który nierozumiany i sam sobie obcy, przechodzi w krótkim epizodzie niczym widmo przez scenę świata. Jesteśmy nazbyt dziećmi tej ziemi, abyśmy chcieli kiedyś ostatecznie z niej wywędrować. A jeśli niebo – aby ziemia była znośna – chce dar uczynić z siebie, musi się nad nią pochylić, stanąć nad ziemią jako błogie światło i z samego jej mrocznego łona wytrysnąć blaskiem.

Jesteśmy stąd. Ale nie mogąc sprzeniewierzyć się ziemi – nie z uporu czy pychy, które nie przystałyby synom tej pokornie poważnej matki, lecz dlatego, że musimy być tym, czym jesteśmy – cierpimy zarazem na tajemniczy ból, tkwiący śmiertelną zadrą w najgłębszym wnętrzu naszej ziemskiej natury. Ziemia, nasza wielka matka, sama jest zasmucona. Dręczy ją poczucie przemijalności. Jej najradośniejsze święta stają się nagle jakby początkiem żałobnych obrzędów, a człowiek, nasłuchując tętna jej życia, drży z lęku, czy w następnej chwili śmiech jej nie zamieni się w spazmatyczny płacz.

Ziemia rodzi dzieci, które umierają, które są za słabe, aby żyć zawsze, a za wiele mają w sobie ducha na to, aby pokornie zrezygnować z radości wiecznej, bowiem w przeciwieństwie do żyjących na tej ziemi zwierząt widzą kres, zanim on jeszcze nadejdzie, i wyraźne doświadczenie tego kresu nie jest im litościwie oszczędzone. Ziemia rodzi dzieci o sercu bez miary i granic, ale to, co im daje, jest za piękne, by mogli tym pogardzić, a za ubogie, aby ich nienasyconych – uczynić bogatymi. I dlatego, że jest miejscem owego nieszczęśliwego rozdźwięku między wielką nieustającą obietnicą a niezdolnym zadowolić skąpym darem, pleni się też na niej wina jej dzieci, które usiłują wyrwać jej więcej, niż może im ona sprawiedliwie dać. A choćby się żaliła, że jej rozdarcie to skutek pra-winy pierwszego człowieka, którego nazywamy Adamem, nic to nie zmienia w fakcie, że jest matką nieszczęśliwą: zbyt żywą i zbyt piękną, by móc odprawić od siebie swe dzieci, aby w innym świecie same zdobyły dla siebie nową ojczyznę wiecznego życia, zbyt ubogą, aby samej dać im jako spełnienie to, co dała im jako tęsknotę. Że zaś jest zawsze życiem i śmiercią zarazem, przeważnie nie osiąga w pełni ani jednego, ani drugiego; a tę smętną mieszankę, jaką nam podaje, złożoną z życia i śmierci, euforii i skarg, twórczego czynu i monotonnej pańszczyzny, nazywamy naszą codziennością. I tak żyjemy na tej tu ziemi, swojej na zawsze ojczyźnie.

A jednak nie wystarcza nam to. Podjąć przygodę, jaką byłoby wywędrowanie z ziemskiej sfery? Nie, to niemożliwe – nie z powodu tchórzostwa, lecz wierności, nakazanej nam przez własną naturę. Cóż więc mamy robić? Słuchać orędzia o zmartwychwstaniu Pana! Czy Chrystus Pan powstał z martwych, czy nie? Wierzymy w Jego zmartwychwstanie, a więc wyznajemy, że umarł, zstąpił do królestwa zmarłych i trzeciego dnia zmartwychwstał. Ale co to znaczy i dlaczego jest to błogosławieństwem dzieci ziemi?

On, Syn Ojca, umarł – On, który jest Synem Człowieczym. On, który jest odwieczną Pełnią Bóstwa, wolnego od jakiegokolwiek niedosytu, bezgranicznego i szczęśliwego, jako przedwieczne Słowo Ojca, a zarazem dzieckiem tej ziemi jako Syn błogosławionej Matki. On, który jest więc jednocześnie Synem Bożego spełnienia i dzieckiem ziemskiego niedosytu. On umarł. Ale „umarł” to nie znaczy (jak my, właściwie bardzo niechrześcijańscy spirytualiści krótkowzrocznie sobie wyobrażamy), że Jego duch i Jego dusza, naczynie Jego odwiecznego Bóstwa, oderwało się od świata i od ziemi, niejako uciekło w daleką chwałę Boga poza kresem wszelkiego świata, dlatego że ciało, którym było związane z ziemią, uległo w śmierci zniszczeniu, i że mordercza ziemia wykazała, iż Dziecko odwiecznego Światła nie może znaleźć ojczyzny w jej mroku. Mówimy „umarł” i dodajemy od razu: zstąpił do królestwa zmarłych i zmartwychwstał. Tym samym słowo „umarł” otrzymuje zupełnie inny sens niż ten sugerujący ucieczkę od świata, jaki usiłujemy przypisać pojęciu śmierci. Jezus sam powiedział, że zstąpi do łona ziemi (Mt 12, 40) – właśnie tam, do samego centrum wszelkich ziemskich rzeczy, gdzie wszystko jest ze sobą ściśle zespolone i stanowi jedność i gdzie pośrodku tej jedności znajduje się śmierć i daremność.

Tam właśnie On zstąpił. Pozwolił – o święta przebiegłości wiecznego życia! – zwyciężyć się śmierci, aby Go ona wciągnęła w samą głąb świata, aby zstąpiwszy w jego odwieczne łono i w jego elementarną jedność, zaszczepić mu na zawsze swoje Boskie życie. Dopiero przez to, że umarł, należy On naprawdę do tej ziemi. Człowiek – dusza, jak mówimy – chociaż w chwili śmierci staje bezpośrednio przed obliczem Boga, dopiero jednak wtedy, kiedy składamy jego ciało w grobie ziemi, jednoczy się naprawdę z owym tajemniczym jednym podłożem, w którym splatają się ze sobą wszystkie rzeczy czasoprzestrzenne i z którego czerpią jak z jednego źródła.

W tę najniższą i najgłębszą sferę wszystkiego, co widzialne, zstąpił w śmierci Pan. Teraz jest tam już On, a nie daremność i śmierć. W śmierci stał się centrum ziemskiego świata. Boskim centrum w samym łonie świata – tam, gdzie ten świat poza granicą swego rozwoju w czasie i przestrzeni zapuszcza swe korzenie w Bożą wszechmoc. Z tego centrum wszystkich ziemskich rzeczy, w którym spełniona jedność i nicość nie dały się już od siebie odróżnić, z którego wypływał cały ich los – On zmartwychwstał. Zmartwychwstał nie po to, aby teraz wreszcie odejść, nie po to, aby rodzące Go na nowo bóle porodowe śmierci tak Go oddały boskiemu życiu i światłu, że porzuca mroczne łono ziemi, pogrążone w beznadziei i pustce.

Zmartwychwstał przecież w swoim ciele. A to znaczy: zaczął się już przemieniać dla tego świata. Przyjął ten świat na wieczność, narodził się na nowo jako dziecko tej ziemi, ale teraz już przemienionej, wyzwolonej z ciasnych granic – ziemi, która w Nim jest na wieki potwierdzona i na wieki wybawiona od śmierci i daremności. Zmartwychwstał nie po to, aby pokazać, że opuszcza ostatecznie grób ziemi, lecz aby wykazać, że właśnie ten grób martwych – ciało i ziemia – przemienił się ostatecznie we wspaniały, niezmierzony dom Boga żywego i napełnionej Bogiem duszy Syna. Zmartwychwstając, nie wyprowadził się z chaty tej ziemi. Ma przecież jeszcze – co więcej, w sposób ostateczny i uwielbiony – ciało, które jest cząstką tej ziemi, cząstką, co zawsze jeszcze do niej należy jako część jej rzeczywistości i jej losu. Zmartwychwstał, aby objawić, że przez Jego śmierć życie wolności i szczęśliwości pozostaje na wieki zanurzone w ciasnotę i ból ziemi, w samo jej jądro.

To, co nazywamy Jego zmartwychwstaniem i w sposób niezbyt przemyślany uważamy za Jego prywatny los, jest tylko występującą na powierzchni całej rzeczywistości oznaką, że poza przesłoną tak zwanego doświadczenia (do którego przywiązujemy przecież wielką wagę) w prawdziwej i decydującej głębi wszech rzeczy wszystko stało się już inne. Jego zmartwychwstanie jest jak pierwszy wybuch wulkanu, który wskazuje, że we wnętrzu świata płonie już Boży ogień, co w swoim świetle rozżarzy wszystko błogosławionym żarem. Zmartwychwstał, aby pokazać, że już się zaczęło. Z samego łona świata, w które umierając zstąpił, wyłaniają się już nowe moce przemienionej ziemi, w najgłębszej głębi wszelkiej rzeczywistości pokonane są już daremność, grzech i śmierć i potrzeba już tylko małej chwili, którą nazywamy dziejami post Christum natum, aby wszędzie, a nie tylko w ciele Jezusa, objawiło się to, co właściwie już się stało. Ponieważ zaczął On leczyć, ratować i przemieniać świat nie od symptomów na jego powierzchni, lecz od najgłębszych korzeni, wydaje się nam, istotom z powierzchni, że nic się nie stało. Ponieważ tam, gdzie my stoimy, płyną jeszcze wody cierpienia i winy, sądzimy, że ich źródła w głębi jeszcze nie wyschły. Ponieważ złość żłobi coraz to nowe bruzdy na obliczu ziemi, wyciągamy stąd wniosek, że w samym centrum rzeczywistości miłość umarła. Ale to wszystko tylko pozór. Pozór, który uważamy za realność życia.

Zmartwychwstał, bo w śmierci na wieki zdobył i odkupił najgłębsze jądro wszelkiego ziemskiego bytu. I zmartwychwstały, zachował je. I tak pozostał. Kiedy Go wyznajemy jako Tego, który wstąpił do niebios Boga, jest to tylko wyrażona innymi słowami wiara, że na krótką chwilę odbiera nam „dotykalność” swego przemienionego człowieczeństwa, a przede wszystkim że między Bogiem a światem nie ma już przepaści. Chrystus jest już pośrodku wszystkich ubogich rzeczy tej ziemi, której nie możemy opuścić, bo to nasza matka. Jest w niewysłowionym oczekiwaniu wszelkiego stworzenia, które nie wiedząc o tym, czeka na swoje uczestnictwo w przemienieniu Jego ciała. Jest w dziejach ziemi, których ślepy bieg poprzez wszystkie tryumfy i wszystkie upadki zmierza z niesamowitą precyzją ku Jego dniowi – ku dniowi, w którym Jego chwała, wszystko przemieniając, wytryśnie ze swych własnych głębin. Jest we wszystkich łzach i we wszelkiej śmierci jako ukryta radość i życie, które zdając się umierać zwycięża. Jest w obdarowanym przez nas żebraku jako tajemne bogactwo, które przypada obdarowującemu. Jest w żałosnych klęskach Jego sług jako zwycięstwo samego tylko Boga. Jest w naszej niemocy jako moc, która może sobie pozwolić na to, by się wydawać słabą, jest bowiem niezwyciężona. Jest nawet w samym grzechu jako aż do końca cierpliwie gotowe miłosierdzie wiecznej miłości. Jest tutaj jako najbardziej tajemnicze prawo i najgłębsza istota wszystkich rzeczy, która tryumfuje i zwycięża nawet wtedy, gdy wszystkie porządki zdają się rozpadać. Jest przy nas jak światło dnia i jak powietrze, na które nie zwracamy uwagi, jak tajemne prawo ruchu, którego nie pojmujemy, bowiem odcinek tego ruchu, jaki sami przeżywamy, jest za krótki na to, aby z niego odczytać całą formułę ruchu. Ale On tu jest – On, centrum tego ziemskiego świata i tajemna pieczęć jego wiecznej ważności.

Dlatego my, dzieci tej ziemi, możemy ją kochać, musimy ją kochać. Nawet tam, gdzie jest ona straszna i dręczy nas swoją nędzą i swoim przeznaczeniem ku śmierci. Odkąd bowiem On wstąpił w nią na zawsze przez śmierć i zmartwychwstanie, jej mizeria stała się jedynie czymś tymczasowym i próbą naszej wiary w jej najgłębszą tajemnicę, którą jest Zmartwychwstały. O tym, że taki jest tajemny sens jej nędzy, nie uczy nas nasze doświadczenie. Zaiste nie. Ale uczy nas nasza wiara! Wiara, która szczęśliwie stawia czoło wszelkiemu doświadczeniu. Wiara, która może kochać ziemię, ponieważ jest ona albo będzie „ciałem” Zmartwychwstałego. Dlatego nie potrzebujemy jej opuszczać. Bowiem w niej mieszka życie Boże. Jeśli szukamy Boga nieskończoności (a jak moglibyśmy tego zaniechać?) i swojskiej ziemi, takiej, jaką ona jest i jaką powinna się stać, aby być naszą wiecznie wolną ojczyzną, to wiedzmy, że do obu prowadzi jedna droga! W zmartwychwstaniu Pana Bóg pokazał bowiem, że ją na zawsze przyjął. Caro salutis est cardo – jak powiedział pewien starożytny Ojciec Kościoła, wykorzystując nieprzetłumaczalną grę słów: ciało osią zbawienia.

Zaprzeczenia wszelkiej nędzy grzechu i śmierci nie potrzeba szukać gdzieś w innym świecie. Zstąpiło ono do nas i mieszka w najgłębszej rzeczywistości naszego Ciała. Najbardziej nawet subtelna w swojej ucieczce od świata religijność nie sprowadziłaby Boga naszego życia i Zbawcy tej ziemi z przestworów Jego wieczności ani też nie dotarłaby do Niego w zaświaty. Ale On sam przyszedł do nas. I przemienił to, czym jesteśmy, a co zawsze chcemy uważać za żałosną ziemską pozostałość naszej duchowej natury: ciało. Od tej chwili matka ziemia rodzi tylko więcej dzieci, które są przemieniane. Bowiem Jego Zmartwychwstanie jest początkiem zmartwychwstania wszelkiego ciała.

Jednego oczywiście potrzeba: aby Jego czyn, którego tak czy inaczej nie możemy uczynić niebyłym, stał się błogosławieństwem naszego istnienia. Chrystus powinien odwalić kamień także z naszego serca. Powinien zmartwychwstać z samego środka również naszej istoty, gdzie przebywa jako Moc i Obietnica. Tam jest On jeszcze w drodze. Tam trwa jeszcze Wielka Sobota – aż po dzień ostateczny, który będzie Wszechwielkanocą wszechświata. A to zmartwychwstanie spełnia się w wolności naszej wiary. Jest to i tak Jego czyn. Ale Jego czyn, który dokonuje się jako nasz: jako czyn miłującej wiary, który nas włącza w ogromny pochód całej ziemskiej rzeczywistości ku jej własnej chwale – czyn rozpoczęty Zmartwychwstaniem Chrystusa.

Więcej w książce: „Mały rok kościelny” – Karl Rahner SJ

Zostaw odpowiedź