Paralityku – synu, ufaj. Wstań i chodź! (Mt 9, 1-8)

6 lipca 2017, autor: Krzysztof Osuch SJ

Nasze spotkania z Jezusem, jeśli mają być zbawcze, nie dokonują się w jakikolwiek sposób, np. poza naszą świadomością i uwagą, magicznie czy wbrew nam. Uzdrawiające nas i zbawcze spotkanie z Jezusem, choć dzieje się prosto, bez wielu słów, to jednak zakłada ono pewien klimat i mocny grunt poznania i ufnej wiary.

W Chrystusie Bóg pojednał świat ze sobą, nam zaś przekazał słowo jednania (2 Kor 5,19).

Jezus wsiadł do łodzi, przeprawił się z powrotem i przyszedł do swego miasta. I oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: Ufaj, synu! Odpuszczają ci się twoje grzechy. Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: On bluźni. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem jest łatwiej powiedzieć: Odpuszczają ci się twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań i chodź! Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu! On wstał i poszedł do domu. A tłumy ogarnął lęk na ten widok, i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom (Mt 9, 1-8).

Paraliż – ciała, psychiki i ducha

Wraz z Jezusem przypatrzmy się przez chwilę paralitykowi, leżącemu na łożu. Jest on bezwładny, bezradny i całkowicie zdany na pomoc bliskich mu osób. Ten biedny, bezimienny człowiek, dostał się na karty Ewangelii dzięki temu, że w jakiejś formie dotarło do niego i do jego krewnych zaproszenie Jezusa: Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię (Mt 11, 28). Także dzisiaj Jezus zaprasza nas, by przyjść do Niego. W naszych czasach i w naszym życiu też nie brakuje różnych form paraliżu, który dotyka czy to ciało, czy psychikę i ducha. Być może nigdy nie dotknie nas bezwład rąk czy nóg, ale i tak wszyscy jesteśmy skazani na postępujący paraliż. Przecież każdemu ubywa sił, przybywa chorób i dolegliwości. Nawet najzdrowszych, w końcu, obezwładni starość i śmierć.

W naszych czasach kryzysu kultur i religii niemało ludzi doświadcza swoistego bezwładu szczególniej w sferze własnej psychiki i osobowości. Jako przemożna siła spada na nich depresja, przygnębienie, smutek, bezsens życia. Swoistym paraliżem i bezwładem bywamy dotknięci także w obszarze życia wewnętrznego, duchowego. Nierzadko sami fundujemy sobie ten paraliż, zaniedbując modlitewny kontakt z Bogiem i podając się złudnej atrakcji życia w bezładzie moralnym i w różnych grzechach. Ale bywa też i tak, że „dopada” nas ten rodzaj duchowego bezwładu, który wpisany jest w życie wewnętrzne jako nieuchronny etap naszej drogi do Boga. Na krótko czy na dłużej, czujemy się (co jakiś czas) jakby sparaliżowani i pozbawieni „dawnego” polotu i spontanicznej radości. Dzieje się tak wtedy, gdy Bóg zadaje nam do przeżycia to, co św. Jan od Krzyża nazwał oczyszczającą nas nocą zmysłów i nocą ducha.

– Można powiedzieć, że paralityk z perykopy, zacytowanej na początku, symbolizuje wszelki paraliż, którego doświadczmy my ludzie. W rozważanej perykopie Kimś najważniejszym jest jednak Jezus Chrystus. On jest władny jednym słowem uciszyć burzę na jeziorze i uwolnić nas z każdej postaci paraliżu. Trzeba jednak przyjść do Niego czy też zostać do Niego przyprowadzonym, a w skrajnych przypadkach bezwładu, nawet przyniesionym przez innych. Możemy być pewni tego, że Jezus bardzo chętnie pomaga wszystkim, którzy źle się mają i którzy do Niego przychodzą czy też są do Niego przynoszeni przez innych – choćby, głównie, w modlitwie wstawienniczej.

Własna bieda i Boska Miłość

Nasze spotkania z Jezusem, jeśli mają być zbawcze, nie dokonują się w jakikolwiek sposób, np. poza naszą świadomością i uwagą, magicznie czy wbrew nam. Uzdrawiające nas i zbawcze spotkanie z Jezusem, choć dzieje się prosto, bez wielu słów, to jednak zakłada ono pewien klimat i mocny grunt poznania i ufnej wiary.

Konkretniej mówiąc, u samych podstaw uzdrawiającego i zbawczego spotkania z Jezusem winna znajdować się przede wszystkim świadomość zaofiarowanej nam Boskiej Miłości. Ta Miłość szuka nas i wychodzi nam naprzeciw – w Jezusie. Obyśmy zechcieli zawsze pamiętać, że miłujący nas Bóg Ojciec chce i pragnie podzielić się z nami swoim Boskim Życiem i Boskim szczęściem. O takiej Woli Ojca zaświadcza Jezus na każdej karcie Ewangelii (także tej teraz rozważanej).

Drugim „założeniem” uzdrawiającego nas i zbawczego spotkania z Jezusem jest (możliwie wyraźne) poznanie naszej nędzy, biedy. Jezus powie wprost, że nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz źle się mający (por. Mt 9, 12). Sytuacja biedy, radykalnego ubóstwa i ograniczeń dotyczy wszystkich nas, bez wyjątku. Czasem komuś (pewno wszystkim) zdaje się, że jest inaczej. Z latami przekonujemy się jednak, że wszyscy ulepieni jesteśmy z tej samej gliny i że jedynie w Bogu każdy może znaleźć niezawodne oparcie i zbawienie.

Najpierw odpuszczenie grzechów

Zauważmy, że Jezus najpierw odpuszcza grzechy, a dopiero potem uzdrawia z paraliżu. Ta kolejność w przychodzeniu z pomocą człowiekowi, który dotknięty jest paraliżem, daje do myślenia. Często mówi się, że najważniejsze jest zdrowie, tymczasem Jezus jest innego zdania. Owszem, przywraca zdrowie ciała, jednak w wyraźny sposób wskazuje na potrzebę przywrócenia najwyższego dobra, jakim jest dogłębnie rozumiane pojednanie z Bogiem. Zdrowie, posiadane rzeczy, a nawet samo życie doczesne – to dobra relatywne, względne. Popełnilibyśmy wielki błąd, gdybyśmy te względne dobra i siebie samych potraktowali jako cel życia i dobro najwyższe.

Nam ludziom nie jest łatwo wejść w Boże widzenie sensu ludzkiego życia i zaradzania ludzkiej biedzie. Jednak to Jezus ma rację. On wie lepiej, w jakiej kolejności okazać pomoc cierpiącemu człowiekowi.

Jezus podjął wielki trud dla naszego zbawienia. Dla odniesienia zwycięstwa nad naszym grzechem niewiary w Miłość Boga Ojca Jezus wykonał wielką pracę. „Pracą” Jezusa było całe Jego życie, nauczanie, cuda, męka i śmierć na krzyżu. W trud i pracę około naszego zbawienia włączył się także Duch Święty. Przed swoim odejściem z Ziemi Jezus zapowiedział, że to właśnie Duch Święty dopełni Jego dzieło zbawienia nas, gdy odsłoni grzech niewiary w Miłość Boga Ojca jako największe nieszczęście człowieka; On zaś, gdy przyjdzie, przekona świat o grzechu (J 16, 8).

Jeśli Boskie Osoby tak bardzo trudzą się dla naszego dobra (zbawienia, pojednania), to co my winniśmy uczynić dla własnego dobra. – To dobrze, że rekolekcje (m. in. rekolekcje Ignacjańskie, oparte o książeczkę Ćwiczeń duchownych św. Ignacego Loyoli) przeżywane w całkowitej ciszy i nakierowane na rozważanie Słowa Bożego i kontemplację Osoby Jezusa, są coraz bardziej znane i podejmowane jako konkretny sposób współpracy z Jezusem i Duchem Świętym w ocalaniu siebie i całego świata. Warto sięgnąć po „coś”, co skutecznie, przekonująco pokaże nam porażającą powagę grzechu niewiary i wspaniałość wiary w Miłość Boga Ojca.

Jeśli kula ziemska „wie”, że wciąż może być tym, czym jest, o ile trwa na orbicie okołosłonecznej, to dlaczego my, zdolni do poznania Miłości Boga i do wzajemności w miłowaniu, wahamy się, koło kogo krążyć, ku komu ciążyć ze wszystkich sił umysłu i serca!

Dwie orbity

To Jezus uświadamia nam, że mamy w życiu dokonać fundamentalnego wyboru co do orbity krążenia. Kto zechce, może i całe życie krążyć (by nie powiedzieć kręcić się) wokół siebie samego. Można jednak – tak jak Jezus Chrystus – „krążyć” wokół Boga Ojca i grawitować ku Niemu. Jeden rodzaj życia nazwa się trwaniem w grzechu, w samoubóstwieniu. Drugi rodzaj życia nazywa się trwaniem w Łasce, w Miłości, w relacji, w więzi. To prawda, że do grzechu człowiek swoiście przyzwyczaja się i już nie potrafi (sam z siebie) wyobrazić sobie życia radykalnie innego niż to, które zna. Jednak kontakt z Jezusem może poszerzyć nasze horyzonty i pomóc nam „wyrwać się z siebie i przejść w Boga” (św. Ignacy Loyola). Kiedy Jezus próbuje otworzyć przed nami Boską Nieskończoność i uwolnić nas od grzechu zamknięcia w sobie samym, to nie warto (nie należy) zarzucać Mu, że bluźni. Jezus nie bluźni, lecz objawia miłosną i zbawczą wolę Ojca.

Jakie to ważne, że i do nas Jezus mówi: Ufaj, synu! Odpuszczają ci się twoje grzechy. Wstań i chodź! Jakże dogłębnie winno nas pocieszyć to, że naprawdę Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów. Tę swoją władzę i zbawczą moc Jezus powierzył w ręce Kościoła, w ręce kapłanów. Możemy oburącz czerpać z tej władzy i mocy. I możemy służyć tą władzą i mocą (jeśli jesteśmy kapłanami) – w sposób hojny, wielkoduszny i delikatny.

I jeszcze to. Jest nadzieja, że jeżeli odniesiemy zwycięstwo nad grzechem, to odniesiemy zwycięstwo nad wszelkim innym złem (śmiercią, szatanem, lękami), które nas gnębi, upokarza i odbiera radość życia. Przezwyciężenie destrukcyjnej siły grzechu (wraz z przygnębiającym poczuciem winy) otwiera nam drogę do życia w przyjaźni z Boskim Osobami. Dobra Boskich Osób stają się naszym udziałem – na razie w ukryciu wiary i niezachwianej nadziei. Ale jest to przecież już bardzo dużo.

Moc Krwi Jezusowej

Na zakończenie przytoczę kilka zdań z moich ulubionych tomików: On i ja Gabrieli Bossis[1]. Jezus zachęca Gabrielę: „Zwracaj się zawsze do mojej dobroci, ponieważ ją znasz. Jestem tutaj dla ciebie. Dla twojej małości mam swoją Wielkość i swoją Siłę. Korzystaj z twego Wielkiego Brata. A przede wszystkim nie wątp! W tym jest wasza zasługa, że widzicie w ciemności. Być pewnym. Pewność miłości”.

– Panie, czy aż do śmierci będę tak powtarzać swoje grzechy, zawsze te same?

– „Masz moją Krew. Gdybyś wiedziała, jak bardzo Mi zależy, by się nią posługiwano! Wierzysz przecież, że może Ona oczyścić każdą winę, za którą się żałuje. Dlaczego tyle jej przelałem? Ale trzeba ofiarować ją Ojcu. Trzeba ją rozlać na świat. Któż o tym myśli? A jednak chory bardzo potrzebuje lekarstwa. Przypominasz sobie, jak mówiłem: ‘Moje Serce to szpital’„

Komentarze

Jedna odpowiedź do wpisu “Paralityku – synu, ufaj. Wstań i chodź! (Mt 9, 1-8)”

Zostaw odpowiedź