BÓG albo słoma – w naszych głowach!

9 maja 2017, autor: Krzysztof Osuch SJ

Rozwidlenie dróg należy widzieć z całą ostrością! I nie dziwić się, że tak dużo dziedzin życia – w świecie i w Polsce – zasmuca nas… Skoro BÓG jest lekceważony, to cóż się tu dziwić!

Pilnie należy myśleć o osobistym nawracaniu się do Boga i innym w tym pomagać! Ta pomoc ma dziś imię ewangelizacji, świadectwa, modlitwy za… i o… Także ofiary, ekspiacji i zwyczajnego brania i dźwigania … Jezusowego jarzma (por. Mt 11,29), zwanego też i naszym krzyżem, branym na każdy dzień. 

  • «Bardzo pragnę okazać światu miłosierdzie i przyjść z pomocą ludziom we wszystkich ich potrzebach. Tymczasem człowiek w swej nieświadomości upatruje śmierć w tym wszystkim, co otrzymuje ode Mnie, aby żył. W ten sposób siebie krzywdzi. Moja jednak Opatrzność towarzyszy Mu stale. Dlatego chcę, abyś wiedziała: wszystko, czego udzielam człowiekowi, jest wyrazem niezgłębionej Opatrzności»”. 

Jezus zaś tak wołał: Ten, kto we Mnie wierzy, wierzy nie we Mnie, lecz w Tego, który Mnie posłał. A kto Mnie widzi, widzi Tego, który Mnie posłał. Ja przyszedłem na świat jako światło, aby każdy, kto we Mnie wierzy, nie pozostawał w ciemności. A jeżeli ktoś posłyszy słowa moje, ale ich nie zachowa, to Ja go nie sądzę. Nie przyszedłem bowiem po to, aby świat sądzić, ale aby świat zbawić. Kto gardzi Mną i nie przyjmuje słów moich, ten ma swego sędziego: słowo, które powiedziałem, ono to będzie go sądzić w dniu ostatecznym. Nie mówiłem bowiem sam od siebie, ale Ten, który Mnie posłał, Ojciec, On Mi nakazał, co mam powiedzieć i oznajmić. A wiem, że przykazanie Jego jest życiem wiecznym. To, co mówię, mówię tak, jak Mi Ojciec powiedział (J 12, 44-50).

Przytoczone słowa Jezusa – zwykle czytane w środę po IV Niedzieli po Wielkanocy – mają swój (pełen powagi) kontekst. A jest nim wielka debata między Tym, który z nieba zstąpił, a tym, którzy są „ziemscy”, biedni i, niestety, tak łatwo ulegający zaślepieniu. Uważny czytelnik Janowej Ewangelii zadaje sobie pytanie: Czy Jezus dogada się ze swymi ziomkami, Żydami? Czy zostanie zrozumiany i przyjęty tak, jak na to zasługuje? – Kto zechce, niech wczyta się (przypomni sobie) choćby tylko rozdział 12 Janowej Ewangelii. Dobrze byłoby „poczuć” powagę chwili, którą uobecnia rozważana perykopa! Dzieje się „coś” naprawdę arcypoważnego i rozstrzygającego. Jezus widzi to z całą ostrością i jasnością. Jego rozmówcy, niestety, nie!

W krótkim rozważaniu nie da się mówić o wszystkim. Tyle rzeczy trzeba założyć. Ale z bezpośredniego kontekstu weźmy pod uwagę słowa, które brzmią szczególnie wymownie i mocno. To rodzaj dramatycznej przestrogi i prośby:

„Jeszcze przez krótki czas przebywa wśród was światłość. Chodźcie, dopóki macie światłość, aby was ciemność nie ogarnęła. A kto chodzi w ciemności, nie wie, dokąd idzie. Dopóki światłość macie, wierzcie w światłość, abyście byli synami światłości. To powiedział Jezus i odszedł, i ukrył się przed nimi. Chociaż jednak uczynił On przed nimi tak wielkie znaki, nie uwierzyli w Niego”.

  • Patrząc na CZASY, w jakich żyjemy – z gęstniejącym mrokiem, zamętem, chaosem, precyzyjnie zaplanowanymi manipulacjami, uwodzeniami i uwiedzeniami, z „celebrowanym” relatywizmem i wątpieniem o Prawdzie – możemy śmiało powiedzieć, że to specjalnie i dokładnie do nas – zagrożonych utratą światła Ewangelii – JEZUS wypowiada ten dramatyczny apel: „Jeszcze przez krótki czas przebywa wśród was światłość. Chodźcie, dopóki macie światłość, aby was ciemność nie ogarnęła”.

Chciałbym, żeby dalsza refleksja odnowiła naszą otwartość na słowa Jezusa Chrystusa! I żeby poprawiła się jakość słuchania! – Zacznijmy od zadania kilku pytań sprawdzających.

Jak ja słuchałem Jezusa w ostatnich miesiącach, tygodniach i dniach?

Czy jestem słuchaczem, który (zasadnie) sam z siebie jest zadowolony? I z którego Jezus jest zadowolony? A może jest tak, że w naszych uszach ktoś – o nic nas nie pytając – zainstalował gęste „filtry”, które do naszych wnętrz nie przepuszczają ani światła, ani żaru Miłości, choć te zawarte są w każdym czynie i słowie Jezusa?

Zadając pytania, nie przesądzam odpowiedzi. Zapraszam do zastanowienia się… A poza tym twierdzę, że wcale nie jest tak trudno odpowiedzieć na zadane pytania. Wiem, odpowiedzi mogą (czy nawet powinny) być zniuansowane. Ale w tej chwili nie chodzi o subtelności i niuanse. Chodzi o ewangeliczną zasadę: Niech mowa wasza będzie tak, tak – nie, nie… A zatem jakim ja jestem słuchaczem słów Jezusa?  Złym czy dobrym? – A po czym to poznać?

Po prostu, zły słuchacz ma (i akceptuje w sobie) filtry blokujące odbiór tego, co w Orędziu Jezusa jest wspaniałe, piękne, poruszające i może radykalnie odmienić jakość życia!  Człowiek źle słuchający Boga mówiącego w Jezusie, wychodzi z czasu (raczej pozornego) słuchania, jakby nie wydarzyło się nic ważnego. Wychodzi: NIE poruszony, NIE wzruszony, NIE pocieszony, NIE rozradowany, a także w niczym NIE zakwestionowany! Jaki wszedł, taki wychodzi.

Kiepski słuchacz wchodzi w słuchanie zimny – i taki sam wychodzi; jak kamień. Zachowuje się jak głaz. Twardy i nieporuszony. Kiepski słuchacz zachowuje się tak, jakby nie miał (czy tylko nie angażował) pojętnego umysłu i czującego serca …

Idźmy jednak dalej i zadajmy zasadnicze pytanie: Co właściwie skrywa się (gdzieś w głębi) za słuchaniem a-osobowym (bez angażowania inteligencji i serca)? Co też to sprawia, że słuchanie nie prowadzi słuchacza do zachwytu objawiającym się Bogiem? Co sprawia, że słuchanie zatrzymuje się w martwym punkcie i nie podprowadza do ufnej i miłosnej rozmowy? A idąc jeszcze dalej, dlaczego za sprawą słuchania – jako owoc – nie pojawia się gotowość do ofiarnej służby, która potwierdza dobrą jakość słuchania i skuteczność słowa Pana.  

Odpowiem wprost, dosadnie i prowokacyjnie. Za (czy „popod”) naszym – od początku do końca – chłodnym słuchaniem Mowy Jezusa kryje się (smutny w skutkach i) mroczny wybór: siebie samego! Siebie przede wszystkim i ponad wszystko! – Rzec można, że jest to jakiś rodzaj zakochania się w sobie samym, przy jednoczesnym zabronieniu sobie „popatrzenia” i dopuszczenia w pole swojego widzenia Kogoś nieskończenie ważniejszego, większego, piękniejszego! W polu widzenia – oprócz własnej osoby – pozostaje jeszcze tylko widzialny świat, rzeczy. Można się wtedy próbować „narkotyzować” myśleniem o sobie jako kimś najważniejszym, centralnym, dominującym i gotowym do walki o swoją centralną i „wyjątkową” pozycję.

Nie usłyszy (efektywnie) i nie posłucha Jezusa ten, kto nosi w sobie nie zakwestionowaną i nie rozbitą strukturę radykalnie pojętego egocentryzmu. Ta struktura (zaciekle i „skutecznie”) broni się przed Miłością swego Stwórcy, a także przed życiem wiecznym, które wykracza poza to, co widać!

  • Egocentryczny słuchacz (celebrujący siebie tak postrzeganego) zwykle obudowuje swoją centralną pozycję paroma „nieprawymi myślami”, które cechuje pycha i pogarda wobec Rzeczywistości. Radykalny egocentryk powołuje do życia swoją logikę, która zarządza owymi kilkoma nieprawymi myślami, z gruntu fałszującymi prawdę o sobie. Owszem, powstają całe (pysznie – w dwojakim znaczeniu – rozbudowane) systemy (raczej pseudo) filozoficzne, które uzasadniają i bronią radykalnego egocentryzmu. – Cóż powiedzieć? Rozum może zostać zaprzęgnięty także do rzeczy niecnych, absurdalnych i destrukcyjnych. Jak w XX-wiecznych totalitaryzmach! A także w rodzącym się (oczywiście, nie od dziś) i w najlepsze rozwijającym się totalitaryzmie, uzasadnianym myśleniem „nowej lewicy”, libertynizmu, narastającej „dyktatury relatywizmu” wszelkiej maści oraz sprzężonej z nią tzw. poprawności (która wybitnie i dosłownie kompromituje ludzki rozum i wolność).

Szanując czas i trud uwagi czytelnika, już kończę. Ale dorzucę jeszcze kilka perełek. Najpierw niech będą to słowa, które w Dialogu św. Katarzyny Sieneńskiej czytamy jako wypowiedziane przez Jezusa: „Przedwieczny Ojciec w swej niewysłowionej dobroci zwrócił na Katarzynę łaskawe spojrzenie i powiedział:

«Bardzo pragnę okazać światu miłosierdzie i przyjść z pomocą ludziom we wszystkich ich potrzebach. Tymczasem człowiek w swej nieświadomości upatruje śmierć w tym wszystkim, co otrzymuje ode Mnie, aby żył. W ten sposób siebie krzywdzi. Moja jednak Opatrzność towarzyszy Mu stale. Dlatego chcę, abyś wiedziała: wszystko, czego udzielam człowiekowi, jest wyrazem niezgłębionej Opatrzności»”.  

W moim notatniku (z różnymi „złotymi myślami”), znajduję, zaraz po tyle co przytoczonej, jeszcze te „cudne” myśli, pełne głębokiej prawdy o człowieku – o nas, o cywilizacji, o naszych czasach… Czy także o mnie?

My wydrążeni ludzie
My, chochołowi ludzie
Razem się kołyszemy
Głowy napełnia nam słoma
Kształt bez formy, cienie bez barwy
Siła odjęta, gesty bez ruchu

– Tak T. S. Eliot w roku 1925 proroczo opisał ludzi dzisiejszych czasów.

 I na podobnej zasadzie jeszcze ta myśl – od Awicenny (980-1037). To trzeźwy i wspaniały drogowskaz, jak postępować w świecie, w którym (nazbyt) wielu pracuje nad tym, by chodzili po nim sami „wydrążeni ludzie”, ludzie „chochołowi”, ze słomą w głowach (zamiast wielkich myśli o Bogu i wiecznym powołaniu):

Ten, co wie, że wie – tego słuchajcie,
Ten, co wie, że nie wie – tego pouczcie,
Ten, co nie wie, że wie – tego obudźcie,
Ten, co nie wie, że nie wie – tego zostawcie samego sobie.  

 Mam nadzieję, że słowa Jezusa, także te wypowiedziane do św. Katarzyny – wbrew Awicennie, przecież jednak nie znającemu mocy zbawczej Jezusa Chrystusa! – potrafią do nowego życia „obudzić” nawet tego, „co nie wie, że nie wie”. Wystarczy – oprócz „łaski wystarczającej” (wszystkim dawanej) – odrobina pokory; odrobina szacunku i miłości wobec Piękna widocznego we Wszystkim, co odsłania Jezus Chrystus! I przyda się (a nawet jest konieczna, ku otrzeźwieniu) odrobina odrazy do szpetoty grzechu, złości, kłamstwa i wszelkiej pokrętności… w (niby to) myśleniu.

 Częstochowa, 25 kwietnia 2013     AMDG et BVMH   o. Krzysztof Osuch SJ

Prawie to samo rozważanie w mojej książce:

powiększ okładkęhttp://katalog.wydawnictwowam.pl/?Page=opis&Id=71339

Komentarze

komentarze 4 do wpisu “BÓG albo słoma – w naszych głowach!”
  1. Ewa pisze:

    Do tekstu Ojca pragnę jeszcze dołączyć słowa, które przeczytałam w komentarzu do dzisiejszej Ewangelii:
    „Ojciec posłał Syna, Słowo Wcielone, aby pokazał mi drogę do Jego ojcowskich ramion. Tak naprawdę całe życie szukamy ramion Ojca – od pierwszego przytulenia po narodzinach.
    Moje życie jest powrotem w ramiona Ojca, który umiłował mnie zanim znalazłem się pod sercem matki”.
    Gdybyśmy tą prawdą żyli na co dzień, jakże inaczej wyglądałaby nasza codzienność… nie bylibyśmy „wydrążonymi,chochołowymi ludźmi ze słomą w głowach”

    https://www.youtube.com/watch?v=96q5YBYpA1s

  2. Wiesława pisze:

    Szczęść Boże! rozmawiam z niektórymi i słyszę;”wiesz ja rano ide do kościoła aby potem mieć czas na swoje sprawy w niedzielę”.pytam wtedy,to obecność w Kościele-nie należy do twoich spraw.”No wiesz to obowiązek,źle bym się czuł gdybym nie poszedł”Więc myślę -dobre i to.Ale nachodzi refleksja,dlaczego ten człowiek nie zaraził się miłością do Tego miejsca?czy to ma zwiazek z ludźmi głoszącymi Tam-Słowo Boże,z formą?Pytam dalej o Homilię-co było w niej,co go poruszyło?Nie potrafi powtórzyć,zastanawiam się dlaczego?”kazanie -tego nie da się powtórzyć”.Myśę wtedy-przecież Homilia-oznacza rozmowę,Dlaczego ten człowiek traktuje rozmowę jak kazanie-kazanie komuś to nie rozmowa jak równy z równym.Przecież Bóg tak traktuje człowieka.Dlatego też nie mogę się zgodzić z ostatnim członem tej mądrości Awicenny.”Ten,co nie wie,że wie-tego zostawcie samego sobie”.To nie ma nic wsþólnego z miłosierdziem.

  3. Zofia pisze:

    Nasz Miłosierny Ojciec wciąż ukierunkowuje nas na Prawdę, przychodząc w nadzwyczajny sposób w znakach, o których świat milczy na ogół, choć są niezaprzeczalne bo naukowo udokumentowane.. Pozwalam sobie przytoczyć link, który kryje niezwykłe świadectwo korespondujące z treścią tego wpisu
    Wyrwany z piekła przez wiarę lekarza

    https://www.youtube.com/watch?v=gc5zo2RAMOE

  4. okrzos pisze:

    Szukając obrazka, znalazłem tę książkę:

    Bóg nie jest urojeniem. Złudzenie Dawkinsa – Alister McGrath, Joanna Collicutt Mc Grath, tłum. Jerzy Wolak

    Wprowadzenie do wydania polskiego

    To dla mnie wielka przyjemność i zaszczyt móc osobiście przedstawić moją książkę polskiemu czytelnikowi. Oto w swej pracy zatytułowanej Bóg urojony Richard Dawkins – najbardziej znany współczesny ateista brytyjski – usiłuje wykazać, że wszyscy wierzący w Boga padli ofiarą niebezpiecznego urojenia. Dawkins kieruje ostrze zjadliwej krytyki przeciwko religii w ogóle, w szczególności zaś – przeciw chrześcijaństwu. Na kartach niniejszej książki podejmuję wraz z żoną drobiazgową krytykę antyreligijnych argumentów Dawkinsa, zwracając szczególną uwagę na ich podstawy naukowe, które okazują się być zaskakująco słabe. Naszym zdaniem zwykła niemożność intelektualnego podbudowania wysuwanych hipotez zmusza Dawkinsa do przyjęcia wysoce agresywnego tonu, lekceważąca zaś argumentacja maskować ma rozliczne luki w logice jego rozumowania. Mamy nadzieję, że lektura naszej pracy dostarczy Państwu radości, a zawarta w niej analiza okaże się przydatna.

    Warto zauważyć, że argumenty Dawkinsa spotkały się z ostrą krytyką zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza ze strony innych ateistów. Ateizmowi coraz poważniej zagraża opinia nietolerancyjności, intelektualnej arogancji oraz niemożności właściwego i poważnego podjęcia zagadnień religijnych. Nie dziwi więc chyba, że wielu ateistów wyraża poważne zaniepokojenie z powodu szkód wyrządzanych ich reputacji przez Boga urojonego – próbują zatem zdystansować się do owego dogmatycznego manifestu ateistycznego fundamentalizmu. Być może niepokoi ich fakt uświadamiania sobie przez opinię publiczną, że ateizm może być równie dogmatyczny, cenzorski i nietolerancyjny, jak najgorsze oblicze religii.

    Polskich czytelników wzburzy zapewne nieumiejętność dostrzeżenia przez Dawkinsa dogmatyzmu i negacji wolności charakteryzujących tę formę ateizmu, która przez długi czas prześladowała Polskę, a której potęga ostatecznie złamana została po części dzięki oddziaływaniu Kościoła katolickiego i jego charyzmatycznego przywódcy Karola Wojtyły.

    Ciekawe zatem, czy Bóg urojony może okazać się samobójczym golem ateizmu i w ostateczności przekonać wielu, iż ateizm sam opiera się na urojeniu?

    Alister McGrath

    Oxford University

    Wprowadzenie

    Publikacją Samolubnego genu w roku 1976 Richard Dawkins zdobył sobie pozycję jednego z najsprawniejszych i najciekawszych popularyzatorów nauki. Wraz ze swym amerykańskim kolegą po fachu, Stephenem Jay Gouldem, udało mu się uczynić biologię ewolucyjną dostępną i zajmującą dla nowego pokolenia czytelników. Zarówno ja, jak i inni wielbiciele jego prac popularnonaukowych zazdrościliśmy mu klarowności wykładu, znakomitego wykorzystania pomocnych analogii oraz lekkości stylu.

    Ostatnia jednak praca Dawkinsa wyznacza zupełnie nowy kierunek. Bóg urojony czyni swego autora czołowym polemistą ateistycznym, który kieruje totalną krytykę pod adresem wszelkich form religii, a co więcej, zamierza swych czytelników nawracać. „Założony przeze mnie cel tej książki zostanie osiągnięty, jeśli każdy religijny czytelnik, przeczytawszy ją pilnie od deski do deski, stanie się ateistą” (Richard Dawkins, Bóg urojony). Rzecz jasna, autor zdaje sobie sprawę, że nie będzie to zadanie łatwe; sam wszak zauważa, iż „zatwardziali teiści” są odporni na argumenty.

    Jednakże fakt spłodzenia czterystustronicowej książki oznajmiającej, że Bóg to złudzenie, sam w sobie jest niezwykle znaczący. Do czego taka książka jest jeszcze dziś potrzebna? Religia miała przecież zaniknąć całe lata temu. Od ponad stulecia czołowi socjologowie, antropologowie i psychologowie głoszą, że ich dzieci ujrzą świt nowej ery, która na dobre porzuci „złudzenie Boga”. W latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia wyraźnie nam powiedziano, iż religia odchodzi w nicość, by zrobić miejsce światu całkowicie świeckiemu.

    Dla niektórych z nas deklaracje takie brzmiały wspaniale. W późnych latach sześćdziesiątych sam byłem ateistą i doskonale pamiętam dziwny rodzaj ponurej przyjemności, jaki towarzyszył mym oczekiwaniom upadku religii. Dorastając w Irlandii Północnej, z pierwszej ręki znałem napięcia o podłożu religijnym i towarzyszącą im przemoc. Mój wolnomyślicielski rozum podsuwał oczywiste rozwiązanie problemu: pozbądźmy się religii, a napięcia i przemoc zostaną w ten sposób wykorzenione. Przyszłość jawiła się świetlaną – i bezbożną.

    Od tamtego czasu zmianie uległy dwie rzeczy. Przede wszystkim religia zademonstrowała udany comeback i stanowi tak istotny element współczesnego świata, że dziwne wydaje się samo myślenie, iż zaledwie o pokolenie wcześniej z tak wielkim przekonaniem głoszono jej śmierć. Pisarz-humanista, Michael Shermer, najlepiej chyba znany jako przewodniczący Stowarzyszenia Sceptyków (Skeptics Society) i wydawca magazynu „Skeptic”, zauważył to już w roku 2000, z naciskiem wskazując, że nigdy w całej historii tak wielki procent Amerykanów nie wierzył w Boga. Bóg nie tylko nie umarł – jak to przedwcześnie ogłosił niemiecki filozof Nietzsche – ale wręcz nigdy dotąd nie wydawał się tak żywy.

    Po drugie, choć to już nie jest tak ważne, zmianie uległa również moja własna postawa. Chociaż w młodości żywiłem absolutne, namiętne przekonanie o prawdziwości i ogromnym znaczeniu ateizmu, stopniowo zacząłem się przekonywać, że chrześcijaństwo jest o wiele ciekawszym i znacznie bardziej fascynującym intelektualnie światopoglądem niż ateizm. Zawsze ceniłem sobie wolność myśli i zdolność do buntu przeciwko panującym ortodoksjom. Nigdy jednak nie przypuszczałem, dokąd mnie moje wolnomyślicielstwo doprowadzi.

    Tak więc, podążaliśmy z Dawkinsem w diametralnie różnych kierunkach, choć w istocie z tych samych powodów. Obaj jesteśmy oksfordzkimi profesorami, którzy pasjonują się naukami przyrodniczymi. Obaj gorąco wierzymy w myślenie oparte na dowodach i jednakowo krytycznie podchodzimy do wiary, której brakuje wyraźnych podstaw. Obaj pragniemy sądzić, iż zmienilibyśmy zdanie w kwestii Boga, gdyby wskazywały na to dowody. Jednakże na podstawie doświadczenia i analizy tego samego świata doszliśmy do radykalnie odmiennych wniosków na temat Boga. Porównanie naszych postaw jest pouczające, niemniej przed Dawkinsem stawia kilka trudnych pytań.

    Richard Dawkins, obecnie profesor Oksfordu kierujący katedrą Społecznego Rozumienia Nauki utrzymuje, że nauki przyrodnicze – zwłaszcza biologia ewolucyjna – stanowią intelektualną autostradę do ateizmu; taką rolę odegrały one w jego młodości. Jeżeli chodzi o mnie, to zaczynałem jako ateista, by stać się chrześcijaninem – swą intelektualną podróż odbyłem w kierunku dokładnie przeciwnym niż Dawkins. Początkowo zamierzałem poświęcić życie naukom ścisłym, jednak odkrycie chrześcijaństwa powiodło mnie ku głębokim studiom nad jego dziejami i myślą. Zrobiłem doktorat z biofizyki molekularnej, pracując w oksfordzkim laboratorium, którym kierował profesor George Radda, później jednak zarzuciłem aktywną działalność na polu nauk ścisłych na rzecz studiowania teologii.

    Często zastanawiam się nad sposobem, w jaki Dawkins i ja mogliśmy dojść do tak diametralnie przeciwnych wniosków na podstawie jednakowo długiej i głębokiej refleksji nad tym samym światem. Istnieją dwie możliwości. Pierwsza: ponieważ wierzę w Boga, jestem obłąkany, otumaniony i oszukuję samego siebie, a moje możliwości intelektualne uległy wypaczeniu z powodu ich zawłaszczenia przez zaraźliwy a złośliwy „wirus Boga”. Druga: ponieważ jestem obłąkany, otumaniony i oszukuję samego siebie, a moje możliwości intelektualne uległy wypaczeniu z powodu ich zawłaszczenia przez zaraźliwy a złośliwy „wirus Boga” – wierzę w Boga.
    Obie możliwości – obawiam się – stanowią istotę odpowiedzi zawartej na kartach Boga urojonego.

    Powyższe wnioskowanie może być jakąś odpowiedzią na ten problem, ale z pewnością niespecjalnie przekonującą. Może przemawiać do zatwardziałego ateisty, któremu niezłomna wiara nie pozwala działać poza działką z etykietą „bez Boga”. Mam jednak nadzieję, że słusznie uważam takich bezmyślnych dogmatyków za niereprezentatywnych dla ateizmu. Innej odpowiedzi może dostarczyć odniesienie tego samego śmiesznego nonsensu tym razem do Dawkinsa. (Chociaż, jak przypuszczam, w tym przypadku musimy przyjąć, iż jego umysł został zawładnięty przez wirus „nie-ma-Boga”). Nie mam jednak najmniejszego zamiaru wypisywać podobnie niewiarygodnych bzdur. Dlaczego miałbym obrażać Dawkinsa, a co więcej, dlaczego miałbym obrażać inteligencję moich czytelników?

    1. Urojenia w sprawie Boga?

    Bóg jest „psychopatycznym zbrodniarzem” wymyślonym przez szalonych, otumanionych ludzi. Takie jest przesłanie Boga urojonego. Chociaż Dawkins nie dostarcza ścisłej definicji „urojenia”, wyraźnie ma na myśli przekonanie niepoparte dowodami, czy – jeszcze gorzej – takie, które od dowodów ucieka. Wiara oznacza „ślepą ufność przy braku dowodów, a nawet na przekór dowodom” (Richard Dawkins, Samolubny gen). Wiara „jest złem przez to i dokładnie przez to, że nie wymaga uzasadnień i nie toleruje sprzeciwu” (Richard Dawkins, Bóg urojony). Takie oto podstawowe definicje wiary tkwią mocno w światopoglądzie Dawkinsa i obsesyjnie powtarzają się w całym jego pisarstwie. Nie jest to chrześcijański sposób definiowania wiary, lecz wymyślony przez Dawkinsa w celu wspierania jego polemicznych zamiarów. Z góry określa on wszystkich wierzących w Boga jako ludzi, którzy utracili kontakt z rzeczywistością, czyli jako dotkniętych urojeniami.

    Dawkins słusznie zauważa, jak bardzo wiara jest dla ludzi ważna. To, w co wierzymy, wywiera niezwykle istotny wpływ na nasze życie i nasze myślenie. Tym ważniejsze jest – mówi – poddanie wiary ścisłemu, krytycznemu badaniu. Urojenia należy ujawnić, a następnie – usunąć. Całkowicie się z tym zgadzam. Od czasu publikacji mojej książki zatytułowanej Dawkins’ God (Bóg Dawkinsa) w roku 2004 jestem regularnie proszony o wygłaszanie na ten temat wykładów na całym świecie. W wykładach tych przedstawiam poglądy Dawkinsa na temat religii i, wspierając się materiałem dowodowym, punkt po punkcie je obalam.

    Kiedyś, po jednym z takich wykładów, podszedł do mnie bardzo zagniewany młodzieniec. Wykład nie był szczególnie niezwykły – po prostu zademonstrowałem, ściśle trzymając się argumentacji czerpanej z nauk przyrodniczych, historii i filozofii, że sprawa wytoczona Bogu przez Dawkinsa nie wytrzymuje naukowej krytyki. Młody człowiek był jednakże rozgniewany, ba! wręcz wściekły. Dlaczego? Ponieważ – jak powiedział, we wzburzeniu kiwając mi palcem przed nosem – „zniszczyłem jego wiarę”. Jego ateizm opierał się na fundamencie autorytetu Richarda Dawkinsa, ja zaś skutecznie tę wiarę podkopałem. Będzie teraz musiał pójść i wszystko na nowo przemyśleć. Jak śmiałem mu to zrobić?!

    Gdy po drodze do domu zastanawiałem się nad tym wydarzeniem, czułem pewne rozdarcie. Po części było mi przykro z powodu ogromnego dyskomfortu, o jaki przyprawiłem tamtego chłopaka. Spowodowałem wszak zamieszanie w jego ustalonych założeniach życiowych. Pocieszałem się jednak myślą, że jeśli byłby on na tyle niemądry, by opierać swe życie na tak jawnie niewystarczającym światopoglądzie, jaki proponuje Dawkins, to i tak któregoś dnia musiałby sobie uświadomić, iż opiera się ono na nader chwiejnych podstawach. Złudzenia musiały kiedyś zostać rozwiane. Ja spełniłem jedynie rolę czynnika historycznego, który spowodował to w danym miejscu i czasie.

    Jednakże inna część mnie poczęła zdawać sobie sprawę, jak głęboko tkwią w nas nasze przekonania i jak wielki wpływ na wszystko wywierają. Dawkins ma rację – wiara ma znaczenie decydujące. Opieramy na niej całe życie; kształtuje ona nasze decyzje w kwestiach najbardziej fundamentalnych. Do dziś pamiętam niepokoje, jakich sam doświadczałem na drodze bolesnego (choć dającego wielką satysfakcję) przechodzenia od ateizmu do chrześcijaństwa. Każdy element umeblowania mojego umysłu musiał zostać przeniesiony w inne miejsce. Dawkins ma słuszność – niekwestionowaną słuszność – gdy żąda od nas, byśmy nie opierali swego życia na urojeniach. Wszyscy musimy poddać naszą wiarę badaniu, zwłaszcza jeżeli okazujemy się być na tyle naiwni, by uważać, iż żadnej wiary w nas nie ma. Zastanawiam się, kto tak naprawdę ma złudzenia w sprawie Boga…

    Wiara jest infantylna

    Każdy obznajomiony z antyreligijną polemiką zna powtarzające się w nieskończoność uwagi ateistów, że wierzenia religijne są infantylne – to dziecięce złudzenia, które powinny zniknąć, gdy ludzkość osiągnie pełnię dojrzałości. W przeciągu całej swej kariery Dawkins rozwijał podobną krytykę, szkicując trwałą ateistyczną analogię. Na kartach swych wcześniejszych prac podkreślał, iż wiara w Boga podobna jest do wiary w Świętego Mikołaja czy Wróżkę Zębuszkę. Porzucamy owe dziecięce wierzenia, gdy tylko stajemy się zdolni do myślenia opartego na dowodach. Tak samo jest z Bogiem. To oczywiste, nieprawdaż? Jak to Dawkins wykazał w swej audycji pt. Thought for the day emitowanej w roku 2003 na falach BBC, ludzkość „może już wyjść ze stadium niemowlęcego i osiągnąć wiek dojrzały”. „Infantylne wyjaśnienie” należy do wcześniejszej ery w dziejach ludzkości – ery zabobonu. Już z niej wyrośliśmy5.

    Hmmm… Jak wiele Dawkinsowskich analogii również i ta została zbudowana z konkretnym zamiarem – w tym przypadku chodzi o ośmieszenie religii. Ale ta analogia poważnie kuleje. Jak wielu ze znanych nam ludzi zaczęło wierzyć w Świętego Mikołaja w wieku dojrzałym? Albo kto uważa wiarę we Wróżkę Zębuszkę za pocieszenie na starość? Wierzyłem w Świętego Mikołaja do wieku mniej więcej pięciu lat (choć, świadom korzyści, jakie z tego płynęły, jeszcze przez jakiś czas pozwoliłem rodzicom myśleć, że biorę go na poważnie). Nie wierzyłem w Boga, dopóki nie zacząłem uczęszczać na uniwersytet. Wszyscy używający argumentu o infantylności religii powinni wyjaśnić, dlaczego tak wielu ludzi odkrywa Boga w późniejszych stadiach życia i bynajmniej nie uważa tego za żadną regresję, perwersję czy degenerację. Dobrego przykładu w tej mierze dostarczył niedawno Anthony Flew (urodzony w roku 1932), znany ateistyczny filozof, który zaczął wierzyć w Boga w wieku lat osiemdziesięciu.

    Ale Bóg urojony ma z pewnością rację, wyrażając zaniepokojenie z powodu indoktrynacji dzieci przez rodziców. Dorośli kaleczą niewinne dziecięce umysły, wtłaczając im do głowy własne, równie szkodliwe co śmieszne wierzenia. Dawkins twierdzi, że biologiczny proces selekcji naturalnej wytwarza w dziecięcym mózgu tendencję do wierzenia we wszystko, co powiedzą im ich rodzice bądź starsi. To zaś – sugeruje dalej – czyni je podatnymi na pokładanie zaufania we wszystkim, co mówią im rodzice: dlatego, na przykład, wierzą w Świętego Mikołaja. Wpływ ten należy postrzegać jako jeden z najważniejszych czynników podtrzymujących trwanie na świecie wierzeń religijnych, podczas gdy już wieki temu powinny były one zostać zeń wymazane. Wystarczy przerwać międzypokoleniowy cykl transmisji religijnego myślenia, by położyć kres całemu temu nonsensowi. Wychowywanie dzieci w tradycji religijnej jest – wedle Dawkinsa – rodzajem molestowania nieletnich.

    Jest w tym pewna doza rozsądku, która jednak ginie w hałasie czynionym przez nadpobudliwą retorykę oraz w ogólnej niemożności dostrzeżenia jej konsekwencji. Wyczytawszy wszystkie groteskowo błędne interpretacje religii stanowiące przygnębiającą cechę Boga urojonego, poważnie się obawiam, iż sekularyści wtłaczaliby własne dogmaty do głów tychże samych łatwowiernych dzieci, którym – jak słusznie zauważa Dawkins – brak zdolności rozeznania, niezbędnej do oceny napotykanych idei. Nie chciałbym być niemiły, ale takie podejście do sprawy nieprzyjemnie przywodzi na myśl programy antyreligijne, wprowadzane do edukacji dzieci sowieckich w latach pięćdziesiątych, oparte na mantrach w rodzaju: „Nauka zadała kłam religii!” czy „Religia to zabobon!” i tym podobnych.

    W rzeczy samej, ważne jest, by społeczeństwo zastanowiło się, w jaki sposób wychowuje swoje dzieci. Jednak w żadnym wypadku nie wolno przymusowo karmić ich chorymi dogmatami Dawkinsa. Należy je zapoznać, uczciwie i dokładnie, z nauką chrześcijańską, nie zaś – poddawać działaniu wypaczonych szyderstwem interpretacji teologii chrześcijańskiej, których pełno w propagandowym elaboracie Dawkinsa. Bóg urojony, bardziej za sprawą swoich wad niż zalet, ukazuje potrzebę zaistnienia na arenie publicznej wysokiej próby edukacji religijnej, która przeciwdziałałaby prostackim karykaturom, szkodliwym stereotypom i bezczelnym nadużyciom w interpretacji chrześcijaństwa, agresywnie propagowanym przez ateistyczny fundamentalizm.

    Przez wiele lat wygłaszałem w Oksfordzie serię wykładów zatytułowaną Wprowadzenie do teologii chrześcijańskiej. Nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że mogłyby się one przydać Dawkinsowi podczas pisania jego książki. Jak zauważył krytyk literacki Terry Eagleton w swej miażdżącej recenzji Boga urojonego: „Wyobraźmy sobie kogoś, kto peroruje na tematy biologiczne, za jedyne źródło wiedzy mając Ptaki Wielkiej Brytanii, a zrozumiemy, jakie mniej więcej odczucia powoduje lektura tego, co Richard Dawkins pisze o teologii” (Terry Eagleton, Lunging, flailing, mispunching: A review of Richard Dawkins’ ‘The God Delusion’). Dawkins z aprobatą cytuje poglądy swego przyjaciela, Nicolasa Humphreya, który twierdzi, że rodzicom nie bardziej wolno uczyć dzieci odczytywać dosłownie Biblię niż wybijać im zęby8. Gdyby Humphrey kierował się logiką, równie mocno powinno oburzać go wciskanie dzieciom błędnych interpretacji religii, jak gdyby były one prawdą. Ciekawe, czy zaprzeczyłby stwierdzeniu, iż rodzice, którzy czytają na głos swym dzieciom Boga urojonego, również dopuszczają się ich maltretowania? A może w kategorii maltretowania mieści się wyłącznie narzucanie dogmatów i urojeń religijnych, a antyreligijnych już nie?

Zostaw odpowiedź