Zaprzeć „siebie”?

15 marca 2017, autor: Krzysztof Osuch SJ

Na przestrzeni dziejów, a szczególniej w czasach nowożytnych i obecnych, rodzą się ludzkich głowach i sercach takie projekty cywilizacyjne i (pseudo)kulturowe, które Boga Stwórcę próbują zmarginalizować, pomniejszyć, swoiście upokorzyć, a nawet zaprzeczyć Jego istnieniu…

Tymczasem „zaprzeczyć”, a może raczej poskromić – zaprzeć, jak powie dziś Jezus, należałoby inną rzeczywistość. Jej imię to zarówno złośliwe duchy demoniczne, jak też „stary człowiek” w nas, jego dążenia…

Psalmista uczciwie ostrzega:

Pan udaremnia zamiary narodów,
Wniwecz obraca zamysły ludów.
Zamiary Pana trwają na wieki,
Zamysły Jego serca przez pokolenia.
Błogosławiony lud, którego Pan jest Bogiem (Ps 33, 10 nn).

 

To smutne

Jest to dość dziwne i zasmucające, że nasza relacja z Bogiem – naszym Stwórcą i Ojcem – nie jest czymś łatwym i prostym oraz tak ufnie przyjmowanym jak światło i ciepło Słońca w różnych porach roku.

Na pewnym etapie życia duchowego marzy się nam taka sytuacja, którą Jezus nazywa Królestwem Bożym; na pewnym etapie uznajemy miłosne panowanie Boga we wszystkim i we wszystkich jako najwyższe dobro i źródło szczęścia (por. 1 Kor 15, 28).

  • Niestety, w ludzkich dziejach – w skali jednostek i wielkich wspólnot – bywa nieraz dokładnie odwrotnie. Na przestrzeni dziejów, a szczególniej w czasach nowożytnych i obecnych, rodzą się takie projekty cywilizacyjne i (pseudo)kulturowe, które Boga Stwórcę próbują zmarginalizować, pomniejszyć, swoiście upokorzyć, a nawet zaprzeczyć Jego istnieniu.

Psalmista tymczasem uczciwie ostrzega: Pan udaremnia niemądre zamiary narodów i wniwecz obraca nie liczące się z Bogiem zamysły ludów. To jedynie zamiary Pana trwają na wieki. Dlatego zamysły Jego serca nie mogą być lekceważone.

Krzyż konfliktu

Co takiego kryje się w sercach ludzi, że dość łatwo popadamy w konflikt z Tym, który ich stworzył, miłuje, utrzymuje w istnieniu, starannie przygotowuje Ziemię, by była domem. Zaś Jezus poszedł przygotować nam miejsce w Niebie, gdzie mieszkań jest wiele (por. J 14, 2).

Niestety, serce człowieka ma – w sensie duchowym – także dwie komory. Faryzeuszom i uczonym w Piśmie Jezus powie wprost, że problem człowieka nie sprowadza się do zewnętrznych zabrudzeń i rytualnych oczyszczeń; wielkim problem człowieka jest to, że z jego wnętrza, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym (por Mk 7).

  • Napór tych dążeń do zła bywa tak wielki, że zostają przytłumione i postawione na cenzurowanym wszystkie szlachetne dążenia człowieka: do czynienia dobra i tylko dobra; pragnienie Miłości, przyjaźni i komunii z Bogiem itd.
  • Elementarne nauczanie Jezusa uświadamia nam dramatyczną sytuację każdego człowieka, który mając dobrą wolę chce czynić dobro, a jednocześnie odczuwa (nieraz bardzo silny) napór impulsów ku złu.

Tej swoistej schizofrenii własnego serca człowiek musi się dobrze przyjrzeć, uznać ją jako pierwotny fakt, by następnie pytać, jak temu zaradzić! Okazuje się, że człowiek – zdany na siłę swojej woli i na zdolność samoprzekonywania  – sam sobie nie poradzi. Nie stanie się sam w pełni dobry, gdyż impulsy do czynienia zła wezmą nieraz górę; nurtujące w sercu złe myśli niejako zażądają satysfakcji, spełnienia.

Pycha jest najgorsza

Wśród złych dążeń, pochodzących z serca, najgorsza jest pycha. Jej skutki uderzają mocno w samego człowieka i w całe otoczenie. Człowiek pyszny stawia siebie samego w centrum własnej uwagi. Człowiek ulegający pysznemu myśleniu „spokrewnia się” z demonami; to one jako pierwsze właśnie aktem pychy odepchnęły Miłość Stwórcy i w ten sposób dogłębnie zdegenerowały swój wspaniały byt anioła.

  • Człowiekowi, który myśli o swym Stwórcy i o sobie nie pokornie, czyli nie: zgodnie z Rzeczywistością, ale pysznie (zwyrodniale), też grozi całkowita degeneracja. Piękne i dobre „Boskie stworzenie” może stać się stworzeniem „nie-boskim”, to znaczy niepięknym, niechwalebnym, niedobrym, złośliwym. Tak wielka jest moc aktu wolności źle użytej.
  • Pyszne myślenie i pyszne działanie przeciwstawia się myśleniu i działaniu miłosnemu, pokornemu, delikatnemu. Za sprawą pychy pojawia się całkiem nowy i fatalny sposób bytowania. Na zewnątrz jest się niby takim samym, ale wnętrze zostaje porażone i przeobrażone.

Chrystus czyni wolnym

Wolnym wobec tego całego zła, które z wnętrza pochodzi i narzuca się każdemu z nas, można się stać tylko dzięki wejściu w wielkie Przymierze z Jezusem-Zbawicielem. Zawiązujemy to Przymierze na Chrzcie świętym. Jest to jednak dopiero ważny Początek, który domaga się wielu i codziennych decyzji i świadomego współdziałania z Panem Jezusem. Jednym z przejawów tego współdziałania jest uznanie prawdy słów Jezusa:

Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je. Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić? Bo cóż może dać człowiek w zamian za swoją duszę? (Mk 8, 34-37).

A w wydaniu Łukaszowym brzmią te słowa tak:

Jezus powiedział do swoich uczniów: Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; będzie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie. Potem mówił do wszystkich: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie? 

Nie podejmuję się objaśniać tych wymagających i zarazem wyzwalających słów Jezusa.

Powiem tylko tyle, że tymi słowami Jezus uobecnia nam najdalszy Horyzont, czyli Wieczne Życie u Boga. Jezus wydobywa z głębi naszych serc najgłębsze pragnienia i promuje je; wzmacnia je. Mówi jasno, że nie obejdzie się w życiu duchowym bez walki, sprzeciwu, powściągu – czy zwyczajnie mówiąc, za Jezusem – nie obejdzie się bez zaparcia siebie samego. Nie całego siebie samego, ale tego w nas, co każe nam unosić się pychą wobec samego Boga i drugiego człowieka.

– Tak, to jest nasz (prawie) nieustanny konflikt. Została nam zadana wewnętrzna walka.

– Myśmy sobie tej sytuacji nie wybierali, ale ją w sobie zastajemy.

– I to jest nasz całożyciowy krzyż, który ciąży i który trzeba wziąć na siebie każdego dnia.

– Jeśli ten krzyż duchowego czuwania, rozeznawania, modlitwy, zmagań i pokornej prośby do Boga – odrzucimy, to szybko staniemy się „piłką kopaną od nogi do nogi” czy też amebą bezwolnie unoszoną to tu, to tam.

  • Jakkolwiek nauka Jezusa jawiłaby się nam jako wymagająca i trudna, to jednak „rachunek” jest prosty: Cóż bowiem za korzyść stanowi dla człowieka zyskać świat cały, a swoją duszę utracić? Bo cóż może dać człowiek w zamian za swoją duszę? Lepiej jest niejedno stracić czy nawet wszystko stracić, byle ocaleć w Przymierzu Miłości z Bogiem. Lepiej jest wielu rzeczy nie pokosztować, jeśli kłóci się to z Prawem Boskiej Miłości i z niej wyłącza.
  • Nie ma sensu budować sobie wieży szczęścia nazbyt przyziemnie wyobrażonego.

 Tak, błogosławiony – szczęśliwy jest tylko ten lud, którego Pan jest Bogiem.

Skosztujcie i zobaczcie, jak dobry jest Pan, szczęśliwy człowiek, który się do Niego ucieka (Ps 34, 9).

Człowiek opuszczony przez Ciebie musi zginąć!

Tęsknię do Ciebie
i Ciebie też proszę o lekarstwo na moją tęsknotę.
Człowiek opuszczony przez Ciebie musi zginąć,
ale Ty nikogo nie opuszczasz,
bo jesteś Dobrem najwyższym
i nikt Ciebie na darmo nie szukał,
jeśli szukał dobrze.
A szuka Ciebie dobrze każdy człowiek,
któremu Ty łaski szukania użyczysz.
Spraw, Ojcze, bym Cię szukał,
uwolnij mnie od błędu,
a skoro Cię szukam,
niech nic innego nie zasłania mi Ciebie.
Jeśli niczego poza Tobą nie pragnę,
proszę, Ojcze,
dozwól, abym znalazł już Ciebie.
Jeśli zaś jest we mnie
jeszcze jakieś zbyteczne pragnienie,
Ty sam mnie oczyść,
uczyń mnie zdolnym ujrzeć Ciebie!
Tobie, Ojcze najmędrszy i najlepszy,
powierzam całą troskę o dobro mego śmiertelnego ciała,
dopóki jeszcze jest ono w jakiś sposób potrzebne
czy to mnie samemu,
czy to moim bliskim –
i prosić będę dla niego o to tylko,
o co sam w czasie stosownym prosić mnie zachęcisz.
O jedno błagam Twoją dobroć najwyższą:
nawróć mnie do siebie zupełnie,
nie dozwól,
bym się sprzeciwiał łasce prowadzącej mnie do Ciebie,
rozkaż mi –
dopóki jeszcze mieszkam w tym ciele i dźwigam je –
rozkaż, abym był czysty,
wielkoduszny, sprawiedliwy, roztropny,
abym był doskonałym miłośnikiem
i uczniem Twojej mądrości,
godnym zamieszkania w błogosławionym królestwie Twoim,
i wreszcie,
bym się stał godnym jego mieszkańcem. (św. Augustyn, Soliloquia I,6)

Komentarze

komentarze 2 do wpisu “Zaprzeć „siebie”?”
  1. Kate pisze:

    Tutaj zabrakło jeszcze jednego istotnego elementu, a nie można edytować poprzedniego wpisu. „(…) brak uzależniającego przywiązania do kogokolwiek czy do czegokolwiek na rzecz umiejętności bycia szczęśliwym dzięki wkładaniu pracy w przemianę samego siebie mocą Pana Jezusa i dzięki daniu wolności innym ludziom, wynikającej z naszej Bożej chęci ich dobra”. Czyli żeby przeżyli to i znaleźli to, co dla Nich będzie, dzięki Bożemu działaniu w Ich życiu, dla Nich najlepsze. Nawet jeśli to może oznaczać, że znikną z naszego życia, a byli lub są nam bliscy. Wtedy się cieszymy, bo wiemy, że tak będzie dla Nich lepiej. Bo gdyby było dla Nich w tym czasie lepiej dzielić część drogi do życia wiecznego w dalszym ciągu razem z nami, to by tak było. A może być też tak, że Bóg kogoś zabiera z naszego życia na pewien czas, aby dopiero potem, nawet po wielu latach, postawić te osoby na naszej drodze znowu w jakimś celu. Kiedy będzie na to właściwa pora, żebyśmy mogli się nawzajem od siebie czegoś znów nauczyć. Wszystko jest doskonale przez Boga zaplanowane w każdym szczególe. Tak, jak to, że niedawno trafiłam na tą wspaniałą stronę, za którą dziękuję Ojcu, gdy pytałam Pana Jezusa o to, jak rozwiązać pewien problem. I tu właśnie, w kilku artykułach Ojca, znalazłam te odpowiedzi i zrozumiałam to, co było mi potrzebne. A przy okazji zobaczyłam, jak bardzo to wartościowa strona i z przyjemnością tu wracam czytać więcej, by się uczyć też od zakonnika wielkiej wiary. Niech Bóg Ojcu błogosławi!

  2. Kate pisze:

    Ma Ojciec rację, że trudno w kilku prostych słowach jasno powiedzieć, co znaczy zaprzeć się samego siebie. Bo o tym nie tylko przez tysiąclecia pisali różni święci mistrzowie duchowi, ale też Bóg tego uczy nas każdego dnia i indywidualnie dobiera to zaparcie się siebie dla każdego – w zależności od roli, jaką od Niego dostał, w zależności od tego, jaką wadę czy przywiązanie w danym człowieku trzeba wykorzenić. Może to być coś, co wcale nie jest złe, ale u tego akurat człowieka prowadzi do jakiegoś zła czy słabości, stającej się przyczyną grzechu. Kiedyś też Bóg wzywał ludzi do większej ascezy niż dziś, poza tym inne są wymogi wobec zwykłego wierzącego a inne wobec osoby z powołaniem do stanu duchownego. Inne wobec brata/siostry, inne wobec kapłana, inne wobec już świętego, inne wobec duchownego czy świeckiego będącego duszą ofiarną, a inne wobec kogoś, kto taką duszą nie jest. Wreszcie inne wobec tego, kto nie pytał Boga o to, jaką rolę Mu dał, a inne wobec tego, kto pytał o to Boga i poznał odpowiedź. Ale zaparcie się siebie przede wszystkim w zależności od łask, którymi Duch Święty kogoś obdarował, bo każda jest przede wszystkim zobowiązaniem wobec innych wierzących i przez to wielką odpowiedzialnością, więc Bóg daje na tyle duże łaski komuś, na ile ten ktoś potrafi i przede wszystkim na ile chce być pokorny. Bo wszystko opiera się na naszym nieustannym „chcę”. Mówiąc najogólniej, zaparcie się siebie to panowanie nad sobą i nad własnymi popędami, umiar we wszystkim, brak uzależniającego przywiązania do kogokolwiek czy do czegokolwiek na rzecz umiejętności bycia szczęśliwym dzięki wkładaniu pracy w przemianę samego siebie mocą Pana Jezusa oraz bycie czujnym, by monitorować własne myśli. To też opieranie się na łasce i posłuszeństwo Bogu, z ciągłym pytaniem Go, jak najlepiej wykonać Jego wolę lub z oddaniem Jemu problemu w ogóle i pójście wtedy za jego wskazówkami, podawanymi nam przez wydarzenia i przez ludzi, których nam wskazuje. Czyli jest to inaczej zupełnie nieliczenie na siebie i na własną, ludzką wiedzę, nawet jeśli wydaje nam się, że wszystko w tej dziedzinie wiemy. Bóg wie lepiej nawet w niej, zapewniam.

Zostaw odpowiedź