O „żenadzie” i modlitwie

8 lutego 2017, autor: Krzysztof Osuch SJ

Chodzi o to, aby nie przystępować do modlitwy jak do jakiejś innej rzeczy, którą mamy zrobić w ciągu dnia; w tym krótkim zatrzymaniu się na progu modlitwy zdajemy sobie sprawę z wielkości Tego, do którego przychodzimy. Uświadamiamy sobie, że idziemy na spotkanie z Osobą – Panem Wszechświata, który żyje! Uświadamiamy sobie, że nie jest On ani jakimś martwym przedmiotem, ani „kolegą”, ani też moim lustrem! Jest On Inny, jest Panem! Jest Bogiem, – Ojcem – Synem – Duchem. Jest także moim Przyjacielem… On zawsze jako pierwszy „patrzy na mnie”, a ja spotykam się z Jego spojrzeniem. Staram się zatem zebrać w jedno całe moje jestestwo i skoncentrować się właśnie na Nim, na Bogu.

 

Żenująca sytuacja

„Jakież to żenujące dla człowieka
być największym cudem świata
i tego nie pojmować!
Jakież to żenujące dla człowieka
żyć w cieniu majestatu,
ignorując go zupełnie,
żyć w obecności Boga
i wcale tego nie dostrzegać.
Religia zależy od tego, co człowiek zrobi
z tym zażenowaniem”[1].

Wstyd, wielki wstyd

Zacytowana na początku myśl (właściwie jedna wielka przygana) Heschela wybrzmi dosadniej, gdy odczytamy ją jeszcze raz, zastępując francuskie „żenujące” polskim słowem „zawstydzające”! („Zażenowanie” – «uczucie wstydu i zakłopotania», za SJP).

Jakież to zatem zawstydzające być największym cudem świata i tego nie pojmować! Jakież to zawstydzające dla człowieka (…) żyć w obecności Boga i wcale tego nie dostrzegać! Niestety, dzisiaj raczej nikt niczego nie chce się wstydzić. Każdy chce być pewny siebie i swego! Tymczasem są rzeczy, których powinniśmy się wstydzić – i to bardzo!

  • Mądry żydowski teolog nie ma wątpliwości, co w naszych czasach winno zawstydzać nas najmocniej! Winniśmy się wstydzić tego, że będąc największym cudem świata tego nie pojmujemy! Winniśmy się wstydzić tego, że żyjemy w cieniu (a raczej w słońcu) Majestatu Boga, a zupełnie to ignorujemy.

Niestety, Majestat, Wspaniałość, Wielkość Boga Stwórcy nie robią na nas wrażenia! To smutne i zawstydzające, że żyjemy w (jak najbardziej rzeczywistej) obecności Boga, a wcale tego nie dostrzegamy!

Grzeszni

W dzisiejszym słowie Bożym spotykamy różne grzeszne osoby. Są to król Dawid i mieszkańcy Nazaretu. Wszyscy oni rozmijają się ze swoim Bogiem, lekceważą Go! [Zobacz czytania: http://www.niedziela.pl/index/liturgia/liturgia1.php?data=2014-02-05]

Dawid, król tak bardzo obdarowany, brnie w grzech mimo ostrzeżeń. A złość jego czynu nie na tym polega, że robi spis ludności. Zły i naganny był motyw i intencja takiego przedsięwzięcia. Dawid zamiast kontemplować swego Boga, z Nim dialogować i NIM się radować – zaczął kontemplować swoje królestwo. Chciał dokładnie wiedzieć, ile czego ma, by polegać na stanie posiadania, na sile wojska, a nie na Bogu! Właśnie to było grzeszne i winno być obżałowane w klimacie szczerego zawstydzenia!

  • Kiedy człowiek odwraca się od Majestatu i Dobroci Boga, a zwraca się do (samych tylko) Jego stworzeń, wtedy zawsze dzieje się wielka nieprawość. Wdziera się wtedy w nasz świat bezład, chaos…
  • Dom pozbawiony fundamentu – wali się przy pierwszej lepszej okazji. Społeczność ludzka odwracająca się od swego Stwórcy i Ojca – też się wali; ludzie „złośliwieją”, pojawiają się kataklizmy i coraz to nowe choroby. Człowiek staje się posłańcem, który zapomniał, jaką przynosi wiadomość (por. A.J. Heschel, Prosiłem o cud, s. 60). Z całą pewnością poza żywą więzią z Bogiem – stajemy się bardzo żałośni.

 Dawid był w szczęśliwej sytuacji, gdyż sam Bóg przez proroka objaśniał mu, co z czego wynika i co należy uczynić, by odbudować więź ufnej wiary. A co my winniśmy czynić, by pojąć (codziennie pojmować), że jesteśmy największym cudem świata? Jaką podążać ścieżką (w sensie poznawczym), by często doświadczać radości z tego, że żyjemy w obecności Boga?

Tak, co należy czynić, quid agendum? – to ulubione pytanie św. Ignacego Loyoli. Całe Ćwiczenia duchowe św. Ignacego są odpowiedzią na to właśnie pytanie: co należy czynić! Odprawienie całych Ćwiczeń zajmuje około 30 dni.

W tej chwili zwrócę uwagę tylko na jeden czy drugi element z metody Ćwiczeń, która (dość skutecznie) pomaga nam wejść w żywą więź z naszym Bogiem.

Dobrze zacząć modlitwę: stanąć w obecności Boga

Są dwa czyny, dwa akty – dość podobne do siebie – które poprzedzają modlitwę medytacyjną[2]. Jeden nazywa się uspokojeniem ducha, a drugi stanięciem w obecności Boga lub wzniesieniem umysłu ku górze.

Przez czas jednego Ojcze nasz stanąć na jeden lub dwa kroki od miejsca, gdzie mam kontemplować lub rozmyślać, a wzniósłszy umysł ku górze rozważać, jak Bóg, Pan nasz, patrzy na mnie itd. i wykonać akt uszanowania lub uniżenia się przed Bogiem (Ćd nr 75).

Po co takie działanie? Chodzi o to, aby nie przystępować do modlitwy jak do jakiejś innej rzeczy, którą mamy zrobić w ciągu dnia; w tym krótkim zatrzymaniu się na progu modlitwy zdajemy sobie sprawę z wielkości Tego, do którego przychodzimy. Uświadamiamy sobie, że idziemy na spotkanie z Osobą – Panem Wszechświata, który żyje! Uświadamiamy sobie, że nie jest On ani jakimś martwym przedmiotem, ani „kolegą”, ani też moim lustrem! Jest On Inny, jest Panem! Jest Bogiem, – Ojcem –Synem –Duchem. Jest także moim Przyjacielem… On zawsze jako pierwszy „patrzy na mnie”, a ja spotykam się z Jego spojrzeniem. Staram się zatem zebrać w jedno całe moje jestestwo i skoncentrować się właśnie na Nim, na Bogu.

  • Doświadczenie potwierdza, że jakość i duch wszelkiej modlitwy zależy od tego, ile starania włożymy w jej początek. Wiele osób pytanych o ich trudności w modlitwie – wyznaje, że zwykły wchodzić w treść bez wejścia w relację, w odniesienie do Pana. Rezultat tego jest ten, że osoby te zamiast: Boga – szukały: siebie!

Naprawdę warto, należy praktykować – dłuższe czy krótsze, ile potrzeba – zatrzymanie się na samym początku modlitewnego spotkania z Panem!

Jak to czynić?

  • Najpierw: ja – ze wszystkim, czym jestem, przedstawiam siebie Bogu!
  • Przedstawiam Mu moje zalety, ograniczenia, troski…
  • I to, że jestem np. zmęczony, szczęśliwy lub że ciężko mi na sercu! Że mam chęć, by się modlić lub nie.
  • Następnie: uświadamiam sobie, że to nie ja jestem tu najważniejszy, lecz Ten, do Którego przychodzę!
  • Wyzbywam się zatem koncentracji na sobie samym! Modlitwa nie jest bowiem uprawianiem narcyzmu.
  • Modlić się – to wydać siebie w spotkaniu z Drugą Osobą, która jest Żywa. Modląc się, uprzytamniam sobie, że stoję w obecności Boga Żywego, Ojca bądź Syna, bądź Boga Stwórcy lub też wobec Pana Zmartwychwstałego…
  • Można się wspomóc krzyżem, tabernakulum czy też jakimś obrazem; jednak to Duch Święty wspomaga nas najwybitniej.
  • Ten Duch jest obecny we mnie. To On jest sprawcą ruchu modlitwy, zwracającej mnie do Boga.
  • Pomocne może się okazać jakieś ulubione zdanie wyrażające pochwałę i uwielbienie Boga.
  • Również wykonanie jakiegoś gestu, np. skłonu, wyciągnięcie otwartych dłoni…, wyrazi skupienie się nie tyle na mnie samym co raczej na Bogu.
  • Można sobie dopomóc fragmentem psalmu użytego w pierwszej osobie: Ty jesteś moim pasterzem, nie brak mi niczego… pozwalasz mi odpocząć… Panie, Ty wiesz wszystko…
  • Jeszcze raz powtórzę uwagę-zachętę: Warto poświęcić temu stanięciu w obecności Boga czas odpowiednio długi.

Nie należy jednak spodziewać się szczególnego „odczucia”. Umieć zadowolić się rzeczywistym uświadomieniem sobie siebie i Boga, do którego się zwracam. Następnie przejść do kolejnego etapu. Najważniejszy jest tu akt wiary: „widzenie” w wierze, a nie nasze odczucie. Jeśli akt stawienia się w obecności Boga przyniesie sercu więcej, niż się spodziewałem, to należy trwać w tej łasce tak długo, jak długo znajdywać będę smak i zadowolenie; a potem ze spokojem wejść w dalszą część przygotowanej modlitwy (por. Ćd 76)! Jeśli niczego nie „odczuję”, to uraduję się tą dobrą sposobnością, by wypowiedzieć Bogu akt czystej wiary, bardziej bezinteresownej!

Uspokoić ducha (przed podjęciem modlitwy)

Po obraniu tematu modlitwy i pewnym przygotowaniu należy zacząć modlitwę od uspokojenia ducha.

  • Najpierw trzeba (…) uspokoić swojego ducha – zaleca św. Ignacy (por. Ćd 239, 131).

Jak to uczynić? – Pomocny bywa krótki spacer, kilka głębszych oddechów czy parę minut poświęconych na rozluźnienie napiętych mięśni, jednak najważniejsze jest to, żeby zadać sobie kilka prostych pytań i dać na nie odpowiedzi.

  • Św. Ignacy proponuje te pytania: dokąd się udaję? i po co? W czyjej obecności stanę? (por. Ćd 239, 131).

Odpowiedzi winny płynąć z mojej dotychczasowej wiedzy o Bogu i z wiary. Niech będą one raczej proste, możliwie pełne dziecięcej inwencji i świeżości. Nie może to być „coś” mgliście pomyślane na temat Boga!

Należy użyć konkretnych słów i zdań! Oczywiście, mogą to być ulubione wersety z Psalmów czy z innych ksiąg Pisma świętego.

  • Sami przekonajmy się, jak zastosowanie powyższej rady pomaga skupić nasze zdolności poznawcze i skoncentrować się naprawdę na Drugim, na Bogu i Jego Orędziu! Za każdym razem jest to prawdziwe wydarzenie, gdy wyrywamy się z siebie i przechodzimy w Boga – jak powiedziałby św. Ignacy.
  • Nigdy dość podkreślania, że warto sporo czasu poświęcać na uspokajanie ducha – w znaczeniu tu przedstawianym. Czyniąc to, przezwyciężamy zaśpieszenie i niepokój, czyli to, co jest bodaj najbardziej zabójcze dla spotkania. Jeśli nie zadbamy o uspokojenie ducha i stanięcie w Jego Obecności – już na progu modlitwy, to jest duże prawdopodobieństwo, że cały przewidziany czas (niby to) modlitwy upłynie nam pod znakiem oczekiwania na koniec.
  • Modlitwa, w której od początku nie stajemy (jakoś) wobec Obecności  i Wspaniałości Boga, łatwo staje się jednym z intelektualnych działań, które można wymienić na tyle innych rzeczy. Z pewnością relacji z Bogiem Żywym nie wymienimy (!) na żadne inne skarby, natomiast samo myślenie o Bogu czy tym bardziej o sobie – owszem.

Radziłbym zatem usilnie przeciwstawiać się byle jakiemu zaczynaniu modlitwy. Warto wręcz przymuszać siebie do zadania sobie choć jednego z wymienionych wyżej pytań. Zaś odpowiedź (by jeszcze raz to zaakcentować) niech będzie wyrażona w konkretnych słowach, a nie tylko mgliście pomyślana!

To, o czym tu mowa, uczyńmy stałym elementem wstępnego ceremoniału modlitewnego! Nie tylko w kościele, w czasie liturgii, ale i w naszej ewangelicznej izdebce winniśmy postępować zgodnie z pewnym ceremoniałem, który zabezpiecza święte spotkanie modlitewne przed profanacją, formalizmem, nudną rutyną. Trzeba naprawdę dysponować siebie do Spotkania z Kimś tak wielkim jak nasz Bóg, Stwórca i Ojciec Najlepszy.

_____________________________________________________________

[1] Abraham Joshua Heschel, Prosiłem o cud. Antologia duchowej mądrości. Poznań 2001, W drodze (zob. http://www.wdrodze.pl/opis,95,Prosilem_o_cud.html )

 [2] Dokładniej o tym w książce: Krzysztof Osuch SJ, Modlitwa w szkole św. Ignacego Loyoli. Poniżej cytuję fragmenty ze strony 11 i 80. Zobacz

Komentarze

komentarzy 9 do wpisu “O „żenadzie” i modlitwie”
  1. s.Krystyna pisze:

    Dziękuję Ojcu za cenne wskazówki, przypomnienie i lekturę, do której się coraz częściej odwołuję,
    więcej „zarażam” nią inne, bliskie mi osoby.

    „Czy nie widzisz, że trzeba wzmóc intensywność twych pragnień, ponieważ pragnienie jest brane przez moje miłosierdzie za fakt dokonany.Podwyższaj więc pragnienia wiele razy w ciągu dnia, a twoje serce rozgrzeje się nimi i Ja zbiorę twoje wysiłki…”On i ja tom 2 nr113

    Pozdrawiam serdecznie.
    Szczęść Boże

    • Katarzyna pisze:

      Skoro lektura „On i ja” jest dla nas bardzo cenna, może warto byłoby utworzyć stowarzyszenie „On i ja” (z udziałem Ojca), które zajęłoby się m.in. propagowaniem tej cennej lektury?

      Będę wdzięczna za Pani zdanie.

  2. Radek pisze:

    To bardzo cenne rady i wskazówki i zapewne każdy z nas pragnąłby stawać do spotkania z Bogiem w taki sposób. Niestety w świeckim życiu codziennym, pełnym spraw i rozproszeń wydaje się to niemal niemożliwe i dla wielu niewykonalne. Dopiero rekolekcje dają sposobność do prawdziwego wyciszenia i oddania się Bogu w „dobrej modlitwie”. Ale czy jakakolwiek modlitwa może być zła ? …….Bóg jest tak wielki w swej wspaniałomyślności, że przyjmuje każdą naszą modlitwę, ponieważ jest Bogiem, a nie człowiekiem……

    „ON i ja” – 336. – 1938 – 6 lutego
    W tramwaju odmawiałam machinalnie modlitwy patrząc na przechodniów i na sklepy. Powiedział mi łagodnie: „Gdybym był człowiekiem, powiedziałbym ci po prostu: ‚Czy drwisz sobie ze Mnie?'”

    • Katarzyna pisze:

      Skoro lektura „On i ja” jest dla nas bardzo cenna, może warto byłoby utworzyć stowarzyszenie „On i ja” (z udziałem Ojca), które zajęłoby się m.in. propagowaniem tej cennej lektury?

      Będę wdzięczna za Pana zdanie.

      • Radek pisze:

        Przez posługę o. Krzysztofa Bóg przemawia do nas na różne sposoby i możliwości, między innymi poprzez piękne rozważania publikowane na tym blogu, książki których o. Krzysztof jest autorem i lektury przez niego polecane. Osobiście tego doświadczam, a zaczęło się od książeczki, którą otrzymałem „Bóg Ojciec mówi do swoich dzieci” . Lektura „ON i ja” to dzieło wyjątkowe, ponieważ napisał je przez dłonie Gabrieli sam Jezus i każde zawarte tam słowo ma swoją głębię i wymowę. Trzeba być nam narzędziami w rękach Pana, tak jak o. Krzysztof. Zarażajmy więc świat na wszystkie sposoby tą „chorobą”, którą jest Miłość.

        „ON i ja” 1941– 20. – 20 lutego
        – „Narzędzie: jesteś tylko tym. Ale bądź nim, zawsze gotowa Mi służyć. Służyć Mnie. Nie sobie.”

  3. Pomoc z „ON i ja” – o znaczeniu MYŚLI; jak nimi kierować…, ku KOMU!

    Zwracaj uwagę na swoje myśli. Czy nie widzisz, że pochłaniają największą część twego życia? Że to jest królestwo wewnętrzne, którym trzeba umieć rządzić, że z nich pochodzi dobro lub zło twoich dni? Umieszczaj je w Bożej atmosferze: Jego chwały, Jego woli, Jego łaskawości i wszystkich Jego zalet, które sprawiają, że to jest On. Żyć nimi to znaczy poznawać Go coraz więcej i przywiązywać mniej znaczenia do siebie. Przypominasz sobie? ‚Panie, kiedy wreszcie będę doskonale złączona z Tobą i tak pogrążona w Tobie, że nie będę już pamiętać o sobie?’ W tych myślach o zjednoczeniu znajdziesz swój obowiązek dawania szczęścia tym, których Ja postawiłem obok ciebie. Nie wierz w przypadek, wierz w interwencję twego Ojca, twego Przyjaciela, Tego, który nigdy nie opuszcza. Czy miałabyś prawo sądzić, że zjednoczyłaś swego ducha z Duchem Bożym, gdybyś zamiast dawać szczęście sprawiała przykrość, gdybyś nie promieniowała Mną, który pocieszam?
    Niech wszystkie twoje myśli będą zatem dobrocią, wyrozumiałością, gorliwością o moją Sprawę. Masz swobodę rządzenia nimi, masz obowiązek wybrania Mnie. Gdybyś Mnie nie wybrała, czy mogłabyś Mnie nazywać swym Największym Przyjacielem, swoją Najpiękniejszą Miłością i Drogą Istotą żyjącą nieprzerwanie w tobie? Nie widzisz Mnie, ale wiesz, że jestem w tobie. A ponieważ wiesz, że tam jestem, oddaj Mi na ślepo swoje pełne miłości myśli” (Gabriela Bossis, ON i ja, tom 3 nr 225, 31 marca 1949. Godzina święta).

Zostaw odpowiedź