Rodzina Jezusa

20 lipca 2015, autor: Krzysztof Osuch SJ

O skali zaangażowania Jezusa w Dzieło Ojca świadczy także to wyznanie: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął (Łk 12, 49). Słowo ogień pojawia się w Biblii aż 234 razy. Użyte jest ono w różnych kontekstach; nierzadko w połączeniu z gniewem Boga, który karaniem (dobrze pojętym) chce zwrócić uwagę Swego ludu na ważność Jego Osoby i Jego woli! W przytoczonej wypowiedzi Jezusa chodzi oczywiście o ogień Miłości; miłości, która już płonie w Bosko-ludzkim Sercu Jezusa, a nie widać jej jeszcze we wszystkich ludzkich sercach.

Żarliwa miłość do każdego człowieka i do całej rodziny ludzkiej sprawia, że Jezus nie pozwala, by ktoś z rodziny korygował sposób pełnienia misji powierzonej Mu przez Ojca. Nie pozwala, by ktoś ograniczał Go czy poddawał swojemu wpływowi.

 

Gdy jeszcze przemawiał do tłumów, oto Jego Matka i bracia stanęli na dworze i chcieli z Nim mówić. Ktoś rzekł do Niego: Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą mówić z Tobą. Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką (Mt 12, 46-50).

 

Czy Ewangelie nas fascynują?

Przeczytaliśmy w życiu już niejedną książkę; to może powiedzmy, która z nich wydała się nam najważniejsza i najbardziej pasjonująca. Czy są to może cztery Ewangelie lub cała Biblia? Czy należę do kręgu osób zafascynowanych Ewangeliami? Czy mam żywe przekonanie, że Pismo Święte jest jak owa rola (por. Mt 13, 44), w której ukryty jest najcenniejszy skarb Królestwa niebieskiego?

Załóżmy optymistycznie, że już odsłoniła się nam wspaniałość i ważność Jezusowej Ewangelii; choćby tylko jeden raz, choćby na krótko. Czy nie jest jednak tak, że znalazłszy Skarb najcenniejszy, dajemy go sobie łatwo odebrać? Niekiedy olśniewa nas i oślepia byle błyskotka, a prawdziwy Skarb dziwnie matowieje. Doraźna fascynacja czymś tam (choćby porcją wiadomości i sensacji dnia) potrafi być tak wielka, że tracimy zainteresowanie i serce dla Słowa Bożego. Utrata żywej więzi z Bogiem często dokonuje się niepostrzeżenie. Nieraz dopiero po dłuższym czasie spostrzegamy, że znów zamknęliśmy drzwi serca dla Jezusa, każąc Mu czekać i kołatać (por. Ap 3, 20).

Czas Jezusowego oczekiwania na otwarcie drzwi dałoby się skrócić, gdybyśmy utrwalili nawyk sprawdzania, jak wygląda nasza gotowość do szukania i znajdywania Jezusa obecnego w Ewangeliach.

Dobre rady od rodziny?

Idźmy jednak do przytoczonego fragmentu Ewangelii i zobaczmy oczyma wyobraźni Jezusa, który bez reszty oddaje się misji powierzonej Mu przez Ojca. Zgromadziła się wokół Niego rzesza, która chętnie Go słucha. Nieoczekiwanie pojawili się krewni Jezusa, do których dotarły niepokojące wieści. Dowiedzieli się, że atmosfera wokół umiłowanego Syna Maryi mocno się zagęściła i grozi Mu wielkie niebezpieczeństwo.

Trudno się dziwić czy gorszyć tym, że bliscy chcieli ostrzec Jezusa i dać Mu kilka dobrych rad… Byli przekonani, że to ich święty obowiązek zatroszczyć się o Krewnego, którego życie było zagrożone. Tego się wolno domyślać, gdyż niespodziewana wizyta rodziny miała miejsce właśnie wtedy, gdy elity religijne w Jerozolimie zaczęły postrzegać Jezusa jako kogoś kontrowersyjnego. Podejrzewano Go o rzeczy najgorsze (por. Mt 20, 24). Śledzono zatem Jezusa i podsłuchiwano. Wysłańcy władz zadawali Jezusowi podchwytliwe pytania, zaś faryzeusze odbyli już przeciw Niemu naradę, zastanawiając się, „w jaki sposób Go zgładzić” (por. Mt 12, 14).

Nie wiemy, czy w końcu rodzina dotarła do Jezusa i co Mu powiedzieli. Można się obawiać, że rodzinne rady nie wyrażały woli Ojca, i dlatego Jezus mógł dać swym krewnym „ciętą” odpowiedź; może podobnie jak Piotrowi, który po oficjalnej zapowiedzi Męki wyszedł na pierwszy plan i dobrodusznie zapewniał Jezusa: „Nie przyjdzie to na Ciebie!” Pamiętamy, że reakcja Mistrza była dla Piotra gorzką pigułką do przełknięcia i wielką lekcją pokory (por. Mt 16, 23).

Ogień Miłości

Jezus, poznawany na kartach Ewangelii, jawi się nam jako całkowicie oddany sprawie Ojca. Do Niego odnosi się we wszystkim, co czyni; wychwala Go i rozmawia z Nim w nocnych czuwaniach. Słucha Ojca i pełni Jego wolę. Jezus wie też doskonale, że najważniejszym projektem dla ludzkich dziejów jest odwieczny Zamysł Ojca, który miłośnie i potężnie ogarnia cały Wszechświat i Ziemię z jej mieszkańcami. Jako taki zasługuje na to, by wszyscy ludzie poznawali go i realizowali z wielkim oddaniem. Sam Jezus oddany jest tej sprawie w sposób wyjątkowy i całkowity.

O skali zaangażowania Jezusa w Dzieło Ojca świadczy także to wyznanie: Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę, żeby on już zapłonął (Łk 12, 49). Słowo ogień pojawia się w Biblii aż 234 razy. Użyte jest ono w różnych kontekstach; nierzadko w połączeniu z gniewem Boga, który karaniem (dobrze pojętym) chce zwrócić uwagę Swego ludu na ważność Jego Osoby i Jego woli! W przytoczonej wypowiedzi Jezusa chodzi oczywiście o ogień Miłości; miłości, która już płonie w Bosko-ludzkim Sercu Jezusa, a nie widać jej jeszcze we wszystkich ludzkich sercach.

Żarliwa miłość do każdego człowieka i do całej rodziny ludzkiej sprawia, że Jezus nie pozwala, by ktoś z rodziny korygował sposób pełnienia misji powierzonej Mu przez Ojca. Nie pozwala, by ktoś ograniczał Go czy poddawał swojemu wpływowi. W pewnych sytuacjach Jezus z całą mocą manifestuje, że przychodzi z Innego Świata, „z wysoka”. Widać to szczególniej w tych dwóch wypowiedziach: Kto przychodzi z wysoka, panuje nad wszystkimi, a kto z ziemi pochodzi, należy do ziemi i po ziemsku przemawia. Kto z nieba pochodzi, Ten jest ponad wszystkim (J 3, 31). I w innym miejscu: A On rzekł do nich: Wy jesteście z niskości, a Ja jestem z wysoka. Wy jesteście z tego świata, Ja nie jestem z tego świata (J 8:23).

Ten sam czy podobny „ton” obecny jest w tym wydarzeniu: „Ktoś rzekł do Niego: Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą mówić z Tobą. Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi? I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten Mi jest bratem, siostrą i matką”.

– Świadkowie zdarzenia poczuli się zapewne bardzo dowartościowani, gdy usłyszeli, że Jezus nadaje im „status” spokrewnionych z Nim. I to przez sam fakt słuchania Go, a potem starania się o wypełnienie woli Ojca.

Spokrewnić się z Jezusem

Czy łatwo jest spokrewnić się z Jezusem? I tak, i nie! I łatwo, i trudno.

Najpierwsze jest to, by pragnąć poznać wolę Boga Ojca, a poznawszy ją uznać, że jest ona wspaniała, absolutnie dobra i bez cienia wątpliwości przyjazna wobec nas! Wspaniałość woli Ojca wyraża się w tym przede wszystkim, że Bóg – potężny Stwórca wszystkiego – jest nie tylko naszym Stworzycielem, ale jest także naszym najlepszym, najserdeczniejszym Ojcem. Wszyscy zatem jesteśmy Jego umiłowanymi dziećmi i tworzymy jedną wielką Rodzinę dzieci Bożych!

Nie jest to wszystko, gdyż mając fundamentalną świadomość obdarowania i naszej godności oraz bezpieczeństwa stąd płynącego, winniśmy z kolei rozmiłować się w poznawaniu i wypełnianiu woli Ojca. Zacząć należy od zachowania Dekalogu (całego, nie okrojonego za sprawą demokratycznych procedur i wyrafinowanych manipulacji), a na najwznioślejszej nauce z Kazania na Górze skończyć.

Tak, Jezus przyszedł na naszą ziemię z ogniem Boskiej miłości. Można zatem i należy pytać: czy ten ogień płonie już w naszych sercach? W moim sercu?

Czas konfrontacji i próby

A co odpowiedzieć, gdy patrzymy szerzej: na Polskę, na Europę, na pozostałe kontynenty i na cały świat? Odpowiedzi wymagają namysłu i mogą zabrzmieć dramatycznie.

W udzieleniu odpowiedzi niech nam pomoże najpierw Jan Paweł II, który jeszcze jako kardynał Karol Wojtyła tak mówił już w roku 1976 podczas pobytu w USA: „Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek przeżywała ludzkość. Nie przypuszczam, by szerokie kręgi społeczeństwa amerykańskiego ani najszersze kręgi wspólnot chrześcijańskich zdawały sobie z tego w pełni sprawę. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między Kościołem a anty-Kościołem, Prawdą a anty-Prawdą, Ewangelią a jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja została wpisana w plany Boskiej Opatrzności; jest to czas próby, w który musi wejść cały Kościół, a polski w szczególności. Jest to próba nie tylko naszego narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysiącletnią kulturę i cywilizację chrześcijańską, ze wszystkimi jej konsekwencjami: ludzką godnością, prawami osoby, prawami społeczeństw i narodów”.

Echo proroczej wypowiedzi Kardynała spotkałem ostatnio w jednej z rozmów z o. Jackiem Salijem OP: „Lękam się o przyszłość polskiego Kościoła, bo stał się on w Europie wyspą otoczoną niemal morzem niewiary. Musimy się bardzo modlić o odrodzenie religijne Europy, bo takiej różnicy ciśnień na dłuższą metę możemy nie wytrzymać. Do tego należy dodać ciśnienie cywilizacyjne, które zapewne będzie wzrastać w wyniku coraz większej różnicy cywilizacyjnej w stosunku do krajów najbardziej rozwiniętych, a zarazem głęboko zlaicyzowanych” (Wierność i obietnica. 65 rozmów).

W każdych rekolekcjach (i w poważnej refleksji nad wiarą i życiem) zajmujemy się najpierw samymi sobą; pragniemy, by ogień Boskiej miłości zapłonął najprzód w naszych sercach; taka jest oczywista kolej rzeczy. Gdy jednak my sami „zajęliśmy się już ogniem” Boskiej miłości i płoniemy, to winniśmy dbać o podtrzymywanie go w sobie; i więcej jeszcze. Winniśmy pomagać innym (światu) zająć się ogniem Boskiej Miłości.

Obojętność zabija

Nie miejmy jednak złudzeń; nie jest to łatwe! Czeka nas we współczesnym świecie niejedna batalia o ocalanie ognia Bożej Miłości w naszych sercach. Zagrożenia przychodzą z różnych stron. Kościół ustami Papieży i Biskupów, a także Kapłanów przestrzega nas przed różnymi zagrożeniami i atakami na naszą wiarę w Miłość Boga do nas. Jedne ataki bywają dość oczywiste i brutalne, inne – zamaskowane i wyrafinowane.

Na koniec chciałbym zwrócić uwagę na jedno zagrożenie; to, któremu na imię obojętność. Bardzo celnie napisał o niej William Barclay, komentując Jezusowe „biada!” wobec dwóch miast – Korozain i Betsaidy. Te miasta nie nawróciły się, choć dokonało się w nich najwięcej cudów (por. Mt 11, 20 nn). Przyczyną ich zamknięcia na Jezusa była obojętność i lekceważenie Mistrza czyniącego wielkie znaki.

– Można nie być wrogiem Chrystusa i chrześcijaństwa, można nie chcieć go niszczyć, ale poddanie się „najzwyklejszej obojętności” okazuje się w skutkach równie, a nawet jeszcze bardziej groźne. To bardzo niebezpieczne, gdy „Chrystusa zalicza się do szeregu tych, którzy się nie liczą. Pamiętajmy, że obojętność jest również grzechem, jednym z najgorszych, ponieważ potrafi zabić. Obojętność nie pali religii na stosie, obojętność zamraża ją na śmierć. Nie skazuje na ścięcie, lecz na powolne uduszenie” (W. Barclay, Ewangelia św. Mateusza, Warszawa 1978, t. II, s. 142).

Warto się nad tym porządnie zastanawiać i często krytycznie pytać, które dzisiejsze mody myślowe i ideologie, wzmacniane zabiegami socjotechnicznymi i presją różnorakiej w „poprawności” – intensywnie pracują nad upowszechnianiem ducha lekceważenia i obojętności wobec Jezusa i Jego Kościoła. Owszem, nie skazują formalnie na ścięcie i nie palą na stosie, ale to wystarczy, by zamrozić na śmierć i udusić powoli. – Kogo? Co? – No właśnie!

Obyśmy nie wchodzili w „koło szyderców”, o których mówi Psalmista (por. Ps 1, 1). Obyśmy nie dostali się w krąg obojętności i lekceważenia wobec najwyższego dobra, jakim jest Jezus i Jego Ewangelia, a także Jego Kościół – Mistyczne Ciało Chrystusa.

Częstochowa, 16 lipca 2009

Rozważanie z mojej książki: Przed tobą jest DAL

Komentarze

Jedna odpowiedź do wpisu “Rodzina Jezusa”

Zostaw odpowiedź